Naprawdę 600 metrów kwadratowych?

Tak, jest to jeden z największych schronów, jakie wybudowano w Polsce w latach 50. XX wieku. Po obrysie ten obiekt ma 600 metrów kwadratowych, ale kiedy odejmiemy powierzchnię ścian działowych, a tych pomieszczeń jest naprawdę wiele w tym obiekcie, to wychodzi nam jakieś 350 metrów kwadratowych tych płaskich podług.

Co to znaczy podziemny szpital?

Szpital imienia Stefana Żeromskiego jest to specyficzna budowla składająca się z pawilonów. Pod jednym z takich pawilonów, w piwnicy, w podziemiu wybudowano schron. Jego pełna nazwa jest to Oddział Pierwszej Pomocy Medycznej.

Do tego obiektu miano sprowadzać osoby poszkodowane w wyniku działań wojennych. Nie był to normalny szpital, gdzie przyjmowano ludzi chorych ze złamanymi rękami, z grypą, tylko miał służyć właśnie poszkodowanym osobom na przykład w wyniku bombardowania.

Obiekt w porównaniu do całej powierzchni, całej wielkości szpitala jest niewielki i możemy go porównać dzisiaj do SOR-u. Po prostu jest to taki medyczny taśmociąg, gdzie osoby poszkodowane miały otrzymać pierwszą pomoc medyczną, a następnie miały być ewakuowane do budowanych szpitali polowych, tam gdzie już mogli dojść do zdrowia.

Jakie tam pomieszczenia były przewidziane i jakie można zobaczyć?

To jest normalny, standardowy schron, który musi mieć pewne stałe elementy. W tym wypadku tego obiektu mamy trzy wejścia. Dwa wejścia z zewnątrz i jedno wejście łączące podziemia szpitala.

Na co dzień ten obiekt miał stać pusty, dopiero przy ogłoszeniu zagrożenia wojennego miano wyposażyć te sale, miano sprowadzić meble, urządzenia medyczne. Także kadra lekarska przygotowana do obsługi tego obiektu schodziła tam na dół, czekając na poszkodowanych. Więc takimi głównymi elementami schronu są przede wszystkim wejścia zabezpieczone drzwiami gazoszczelnymi, za którymi mamy przeciągi gazoszczelne, czyli to jest taka strefa, gdzie wchodzimy, zamykamy, otwieramy kolejne drzwi i przy ataku gazowym nie dopuszczamy tego skażenia do wnętrza.

Kolejnymi elementami takiego standardowego wyposażenia są filtrowentylatornie. One były odpowiedzialne za dostarczenie do tych wszystkich pomieszczeń już oczyszczonego powietrza, które było pobierane z zewnątrz budynku.

Instrukcje mówią, że jeżeli to skażenie gazowe na zewnątrz występuje, to te urządzenia muszą pracować cały czas.

Jeżeli skażenia nie ma, to w ciągu godziny urządzenia pracują przez 15 minut i przewietrzają te pomieszczenia.

Kolejny element to wyjście ewakuacyjne, tunel ewakuacyjny. Z tym, że tutaj w tym obiekcie sytuacja jest troszeczkę inna niż w standardowych obiektach, tunel ewakuacyjny mamy, ale on nas nie wyprowadza na zewnątrz budynku. Jest to taka podkówka łącząca część bezpieczną tego schronu z filtrowentylatornią. Ten tunel obchodzi tylko strefy potencjalnie skażone, czyli kąpielisko odkażające. Tam gdzie ludzie, którzy byli skażeni, musieli się wykąpać, a następnie wejść do tych pomieszczeń „bezpiecznych”.

Taki rodzaj basenu?

Nie, jest to kąpielisko, przypomina bardziej takie kopalniane, duże kąpielisko z prysznicami. Takich stanowisk jest tam bodajże osiem, więc w krótkim czasie można dużą ilość osób spłukać, odkazić. Oczywiście obrana cywilna wydawała wszelkiego rodzaju instrukcje, jak to robić.

Ktoś jak mógł samodzielnie wziąć taką kąpiel, to ją brał. Jeżeli ktoś był na tyle ranny, miał takie obrażenia, że tego nie mógł sam zrobić, więc były osoby dyżurne, które pomagały.

Czy prąd tam był i skąd ten prąd był?

Standardowo to zasilanie było dostarczane z sieci miejskiej, tak jak cały szpital jest zasilany, ale na wypadek oczywiście w tych podziemiach szpitalnych były pomieszczenia, gdzie zgromadzone były akumulatory. Na suficie tego szpitala podziemnego mamy czarne lampy, które są zasilane tą energią miejską, ale mamy też lampy czerwone, mówię o kolorze obudowy, oświetlenia awaryjnego, które właśnie pochodziło z tych akumulatorów w specjalnym pomieszczeniu. Oczywiście wiadomo akumulatory miały jakiś ograniczony czas działania, ale było to bardzo ważne.

Trzecim źródłem zasilania tego schronu był agregat spalinowy, który swoje miejsce miał pod wiatami garażowymi na terenie szpitala. W momencie, kiedy jedno zasilanie nie działało, drugie zasilanie się wyczerpało, to wtedy odpalano agregat, który zasilał tylko i wyłącznie blok operacyjny, bo chirurg to światło musiał cały czas mieć nad stołem operacyjnym. W innych pomieszczeniach można było wtedy przystosować świece, lampy naftowe, tak żeby cokolwiek było tam widać.