"Nie dopuszczamy takiej myśli, żebyśmy mogli nie jeździć"
– „Po prostu nie dopuszczamy takiej myśli, żebyśmy mogli nie jeździć, bo nie ma ku temu żadnych przesłanek, też takich prawnych ani, ani ekspertyz, żeby te konie tam miały nie pracować na tej trasie do Morskiego Oka” – mówi Polskiemu Radiu Andrzej Mąka, prezes Stowarzyszenia Przewoźników do Morskiego Oka z Bukowiny Tatrzańskiej.
Pytany o stanowisko Tatrzańskiego Parku Narodowego dodaje: – „Od władz parku słyszymy, no jakby to powiedzieć, co chwila co innego.”
Spotkanie przedstawicieli parku i fiakrów zaplanowano na piątek, 8 maja. Wozacy domagają się przedłużenia zezwoleń na pracę do października i nie kryją frustracji.
– „Nasi przodkowie poradzili se z hitlerowcami. Później moi ojcowie poradzili se z komuną. A czuję, że my se tyz po prostu weźmiemy to na honor i se tyz poradzimy, bo byłby wstyd dla nasiych przodków. Bo już jesteśmy na dnie. Albo się dogadamy, albo też po prostu będzie, będzie, będzie, będzie gorąco. Nie bedzymy jogi ćwicyć, ale jak trza bedzie to bedziemy ciupazecki skalić.”
Spór o konie i brak e-busów
Spór o transport konny do Morskiego Oka trwa od lat. Organizacje prozwierzęce wskazują na przeciążenie koni i domagają się likwidacji fasiągów. Z kolei fiakrzy powołują się na porozumienie zawarte w 2024 roku z Ministerstwem Klimatu i Tatrzańskim Parkiem Narodowym. Zakładało ono, że zaprzęgi konne pozostaną na pierwszym odcinku trasy, natomiast na stromszym fragmencie – od Wodogrzmotów Mickiewicza do Włosienicy – turystów przewozić będą elektryczne busy.
Plan nie został jednak wdrożony. TPN nie dysponuje jeszcze odpowiednią liczbą pojazdów. Ministerstwo przekazało środki na zakup 16 e-busów, ale park musi przeprowadzić przetarg, przygotować infrastrukturę oraz stacje ładowania. Cały proces potrwa co najmniej kilka miesięcy, dlatego fiakrzy domagają się przedłużenia zezwoleń do końca sezonu.
Od końca kwietnia na całej trasie – z Palenicy Białczańskiej do Włosienicy – turystów przewożą zarówno fasiągi, jak i elektryczne busy. Park ma obecnie cztery takie pojazdy, wykorzystywane głównie do transportu osób z niepełnosprawnościami, seniorów oraz rodzin z dziećmi. Na trasie pracuje około trzystu koni i sześćdziesięciu wozaków.
„To nie kompromis” – krytyka organizacji społecznych
Krytycznie sytuację ocenia Fundacja „Viva”, która od lat zabiega o likwidację transportu konnego. Jej zdaniem obecne rozwiązanie nie jest kompromisem.
– „Teraz mamy sytuację, w której wszystko jest jak było. Mam takie poczucie, że właśnie, właśnie o to chodziło. Ale żeby ciągle mówić, że nie, nie no, my zrealizujemy obietnice, że będzie lepiej, ale to może w przyszłości, może kiedyś. No jeszcze za miesiąc, za-za-za tydzień, za miesiąc, za rok.” – mówi Anna Plaszczyk z fundacji.
Aktywiści podkreślają także skalę problemu.
– „Ja przypomnę, że w ciągu dziesięciu lat do rzeźni trafiło ponad czterysta koni, które pracowały na tej trasie i zostały z tej trasy wycofane. I każdego roku prawdopodobnie kolejne zwierzęta trafiają do rzeźni właśnie z tej trasy. W związku z czym te zwierzęta nie mają kolejnego tygodnia, miesiąca czy roku.”
Rozstrzygnięcia w sprawie przyszłości transportu konnego na drodze do Morskiego Oka mogą zapaść po piątkowym spotkaniu fiakrów z władzami Tatrzańskiego Parku Narodowego.