Donald Trump wyklucza wojskową eskortę w cieśninie, ale nie wyklucza użycia siły. Jak to rozumieć?
To komunikat wewnętrznie sprzeczny. Jeśli dopuszcza się użycie siły, to musi istnieć podmiot, który ją zastosuje - a więc wojsko. W praktyce wracamy do pytania, czy nie mamy do czynienia z formą wojskowej eskorty. Problem polega na tym, że przekaz administracji amerykańskiej jest niespójny i utrudnia ocenę realnych intencji.
Trump mówi o wysłaniu do regionu 15 tysięcy żołnierzy, niszczycieli i około stu samolotów.
To klasyczny mechanizm odstraszania, element presji negocjacyjnej. Skala sił ma skłonić Iran do ustępstw. Tyle że Iran ma świadomość, iż zakłócenie przepływu przez Cieśninę Ormuz uderzy w gospodarkę globalną - także w Stany Zjednoczone. Dlatego skuteczność tej strategii jest ograniczona.
Jednocześnie Trump odrzuca irańską propozycję zakończenia konfliktu.
To już druga propozycja Iranu. Pierwsza - według relacji dyplomatów - była bardzo daleko idąca i odpowiadała wielu oczekiwaniom USA. Do dziś nie wiadomo, dlaczego nie zdecydowano się na jej kontynuowanie. Mamy przecież doświadczenie porozumienia nuklearnego z 2015 roku, które funkcjonowało do momentu wycofania się z niego administracji Trumpa.
Czy dziś jest jeszcze przestrzeń do negocjacji?
Stany Zjednoczone znalazły się w impasie, który same stworzyły. Presja militarna wobec Iranu niemal automatycznie prowadziła do ryzyka zablokowania Cieśniny Ormuz - i to był scenariusz, którego wcześniejsze administracje starały się unikać. Dziś Iran, mimo ponoszonych strat, pokazał swoją zdolność oddziaływania i obnażył braki w amerykańskim planowaniu strategicznym.
Z perspektywy europejskiej - czy Europa jest ofiarą tej sytuacji?
Europa odczuwa skutki - choć jest w lepszej sytuacji niż wiele innych regionów świata. Widzimy to choćby na stacjach benzynowych, gdzie ceny paliw będą rosnąć. Ale większym problemem są globalne konsekwencje: przez cieśninę transportowane są m.in. nawozy, a ich blokada zwiększa ryzyko kryzysu żywnościowego. Najbardziej ucierpią państwa rozwijające się i najbiedniejsze społeczeństwa.
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz mówi wprost, że Europa staje się ofiarą polityki Trumpa.
Europa ponosi koszty, ale trzeba jasno powiedzieć: największe konsekwencje tej polityki poniosą ci, którzy już dziś są w najtrudniejszej sytuacji. Europa ma zasoby, by sobie poradzić - choć oczywiście oznacza to pogorszenie warunków życia i większą presję gospodarczą.
W tym kontekście pojawia się też zapowiedź wycofania części wojsk amerykańskich z Europy - z Niemiec, ale też z Włoch i Hiszpanii.
To ruch o dużym znaczeniu politycznym i symbolicznym. Obecność wojsk amerykańskich w Europie była jednym z fundamentów odstraszania. Dziś widzimy narastające rozbieżności między Stanami Zjednoczonymi a Europą i coraz mniejsze zaufanie do tej administracji, jeśli chodzi o realne gwarancje bezpieczeństwa.
Czy to realnie osłabia bezpieczeństwo Europy?
Tak, przede wszystkim na poziomie percepcji i zaufania. NATO formalnie funkcjonuje, ale w sytuacjach niejednoznacznych - jak wojna hybrydowa - kluczowe jest szybkie podejmowanie decyzji. Jeśli zaufanie jest osłabione, ten proces może być opóźniony, a to realnie zmniejsza skuteczność odstraszania.
A Polska, gdzie obecność wojsk amerykańskich ma charakter rotacyjny?
Musimy patrzeć na bezpieczeństwo w szerszym kontekście sojuszu. Kluczowe pytanie brzmi: czy w razie zagrożenia pojawią się szybkie i znaczące wzmocnienia? Sama obecność rotacyjna nie rozstrzyga o zdolności obronnej. Istotą NATO jest przekonanie potencjalnego przeciwnika, że reakcja będzie natychmiastowa i zdecydowana.
Gościnią Radia Kraków była prof. Małgorzata Zachara-Szymańska z Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego