Urodził się 6 maja w Krakowie. I właśnie w maju odszedł. Trudno o bardziej symboliczny klamrowy montaż – jakby całe jego życie było jedną, dobrze napisaną piosenką, która zaczyna i kończy się w tym samym tonie. Coś z tego miesiąca nosił w sobie: lekkość, uśmiech, odrobinę melancholii.
Był muzykiem totalnym – skrzypce, trąbka, głos, emocje. Takim, który nie grał „pod publiczkę”, tylko dla ludzi. Jego historia zaczyna się przy radiu. Ojciec grał w orkiestrze, więc dźwięk był codziennością. A potem przyszło życie i powrót do źródła – Radio Kraków. To było dla niego więcej niż instytucja. To było środowisko – żywe, uważne, z duszą. Miejsce, gdzie muzyka oddychała.
I może dlatego maj to Wodecki. Bo to miesiąc powrotów. A on śpiewał o nich najlepiej. Tak, że człowiek nagle zatrzymywał się w pół kroku i myślał: „kurczę, to przecież o mnie”.