Nie boimy się fiaska - zapewniają właściciele nowej hali gastronomicznej w Krakowie. Chociaż w mieście w tym sezonie bardzo brakuje turystów, a wielu krakowian wciąż boi się wyjść do restauracji - nasz plan się powiedzie - zapewnia Olga, związana z nowym gastronomicznym projektem.
Można nazwać szaleńcami tych, którzy decydują się wdzisiejszych czasach na taką inicjatywę, ale tylko szalone pomysły prowadzą do sukcesu.
Kraków zbliża się niebezpiecznie do tak zwanej żółtej strefy obostrzeń, co może obniżyć limity osób w lokalach i wzmóc środki zapobiegawcze przed zakażeniem koronawirusem. Jak zapewnia Olga, nowa hala gastronomiczna jest przygotowana na ostrzejszy reżim sanitarny - w wielu miejscach stoją dezynfekatory do rąk, ochroniarze pilnują limitu gości, a sam lokal jest stale monitorowany.
To rzeczywiście może się udać, ale tylko wtedy, gdy nowe miejsca będą stawiać na lokalnych klientów - podkreśla ekonomista Marek Zuber. Dodaje, że wszystko zależy także od eskalacji pandemii.
Musi byc jakiś sygnał, że opanowujemy sytuację, że ten drugi rzut nie jest tak niebezpieczny i nie może byc dodatkowych obostrzeń narzucanych prawnie, ograniczających liczbę osób. Jeśli jednak stawiamy na lokalną społeczność, to działa to znacznie lepiej niż biznesy nastawione na turystów.
W tej chwili całkiem nieźle idzie na przykład Marcinowi, który trzy tygodnie temu otworzył halę gastronomiczną na krakowskim Zabłociu. Choć sam przedsiębiorca przyznaje, że przed pandemią sukces byłby z pewnością bardziej spektakularny.
Teraz każdy wie jak wygląda sytuacja w gastronomii i prowadzenie biznesu jest dużo trudniejsze, ale pierwszy tydzien był bardzo obiecujący i pokazujący potencjał tego miejsca. Ostatnie dwa tygodnie przyhamowały, ale sierpień w gastronomii jest zawsze specyficzny. Ludzie są na urlopach i jeśli stawia sie na lokalnych klientów, to tak jest.Wszystko zależy od rodzaju wprowadzanych lokalnie obostrzeń - podkreśla Marcin.
A sami krakowianie napotkani przy krakowskich kawiarniach przyznają, że mimo pandemii pragną normalności i dalej będą wychodzić na miasto. Nie boją się, dezynfekują ręce i wierzą, że pracownicy restauracji dbają o higienę. Jak będziemy się cały czas bać, to zwariujemy - mówią
Jak mówi ekonomista Marek Zuber, tak naprawdę bilans zysków i strat krakowskiej gastronomii będzie można zrobić dopiero za kilka miesięcy. A nam pozostaje kibicować nowym lokalom i mieć nadzieję, że będzie w nich bezpiecznie... i że Kraków ostatecznie nie trafi do żółtej strefy.
Martyna Masztalerz/bp