Nie ma jednak tego złego, bo premier, wraz ze swoją ekipą i w towarzystwie małopolskich samorządowców z Platformy, również trochę się namęczyła przedzierając się przez ruchliwy odcinek trasy Brzesko - Nowy Sącz. W związku z tym obiecała - nieco wcześniej niż miała zamiar - rychłą budowę "sądeczanki", czyli szybkiego połączenia z autostrady w Brzesku do Nowego Sącza właśnie.
I tu pojawiły się kolejne możliwości przekonania się na własnej skórze, jakie są potrzeby transportowe małopolan. Poseł PiS, Andrzej Adamczyk zasugerował w rozmowie z Radiem Kraków, że pani premier powinna przejechać się też w upalny weekend płatnym odcinkiem autostrady A4. Gdyby postała w korku pół godziny albo dłużej, być może powalczyłaby o ewentualne otwarcie bramek w wakacje, tak jak się to stało na Pomorzu.
A mogłaby też postać w korku na Zakopiance w drodze na Podhale, albo wrócić do Warszawy samochodem i odstać swoje na krajowej "siódemce".
W sumie więc pociąg do Sącza był niepotrzebny, bo możliwości na zbliżenie się do małopolskiego wyborcy było wiele. Każda tak samo dobra i każda z możliwością obiecania czegoś.
Tylko że chyba nie o taki kłopot bogactwa chodziło. Można się było chwalić a nie obiecywać. No, ale do tego potrzebne byłoby nieco inne przepracowanie ostatnich ośmiu lat. Przynajmniej w kontekście infrastruktury transportowej w Małopolsce.
Ani budowa "sądeczanki", ani S7 Kraków-Moczydło, ani tymbardziej torów z Podłęża do Piekiełka przed wyborami nie wystartują. A typowy wyborca potrzebuje konkretów.
Maciej Skowronek
Obserwuj autora na Twitterze: