W czasach szkolnych mieszkałam przy ul. Szerokiej. Przejeżdżający pociąg słychać było jedynie w nocy. W pierwszą, wiosenną, ciepłą noc, gdy budziłam się, słysząc jego turkot, zaczynałam liczyć dni do wyjazdu. Tory przy ul. Halickiej widać było późną jesienią i w zimie, przez pozostałą część roku ginęły w bujnej zieleni. Czasem między drzewami mignęły przejeżdżające wagony, czasem maszynista trąbił, nie wiadomo na co, czy na kogo.
Wreszcie nadchodził dzień wyjazdu. Walizki wcześniej wysyłane były pocztą, podróż z bagażem podręcznym była o wiele przyjemniejsza. Najpierw wagon sypialny do Gdyni. Wykrochmalona pościel, światła migające za oknem i umykające po suficie przedziału. Usypiało mnie lekkie kołysanie pociągu i ten charakterystyczny turkot, który tak lubię. Rano konduktor stukał do drzwi, budząc pasażerów.
- Dojeżdżamy do Gdyni, czy ktoś chce napić się herbaty? -
I po tej pierwszej, komfortowej części podróży, zaczynała się krótka druga, która przypominała sceny z Dzikiego Zachodu. O tej samej porze do Gdyni przyjeżdżały składy z Krakowa, Warszawy i Wrocławia i ich pasażerowie rzucali się do innego pociągu, który jechał na półwysep. To były sceny dantejskie, płacz dzieci, krzyki dorosłych, wpychanie walizek - i nie tylko - przez okna.
W końcu pociąg ruszał z ludźmi upchniętymi jak sardynki w puszce. Stali wszędzie, nawet w ubikacjach i na pomostach łączących wagony. Raz znalazłam się w takim miejscu - z góry, przez nieszczelny dach lał deszcz i ściekał mi po twarzy, wody nie mogłam wytrzeć, bo miałam zaklinowane ręce, jedną nogą stałam w wagonie, a drugą na pomoście i na każdym zakręcie robiłam szpagat. Byłam tak wściekła, że miałam ochotę kogoś zabić - dziś wydaje mi się to jedynie zabawne.
Gdzieś, jeszcze przed Władysławowem, tory biegły blisko brzegu zatoki i nagle wiatr przywiewał orzeźwiający zapach, widać było połyskującą wodę i rybackie kutry. O tym, że pociąg dojeżdża do półwyspu informował straszliwy smród z fabryki mączki rybnej we Władysławowie. Podziwiałam ludzi, którzy tam spędzali wakacje. Później wagony wtaczały się na kolejne stacyjki i robiło się coraz luźniej. Do Juraty dojeżdżaliśmy już prawie pustym składem. Tam nie było domów wczasowych FWP, a jedynie prywatne kwatery w międzywojennych willach, więc było to najwspanialsze miejsce w PRL-owskim świecie.Wreszcie pociąg zatrzymywał się na peronie otoczonym pachnącymi w słońcu sosnami. Zaczynały się wakacje.
Dziś mieszkam pod drugiej stronie torów, niedaleko Cmentarza Żydowskiego i gdy słyszę stukot przejeżdżającego pociągu, natychmiast wraca do mnie zapach rozgrzanych podkładów kolejowych, morza i sosen. Zapach wakacji.