Narol to niewielkie miasto na Roztoczu. Ma niespełna osiem tysięcy mieszkańców. Niegdyś wielokulturowe, dziś homogeniczne - zamieszkałe głównie przez Polaków. Po wybuchu wojny za wschodnią granicą w 2022 roku, sprowadziło się tam kilkunastu Ukraińców. Dla większości są niemal niezauważalni. Być może na pograniczu polsko-ukraińskim jest prościej? Niekoniecznie.
Zdaniem Roberta Gmiterka opowieść o pograniczu jako tyglu kultur jest dziś w dużej mierze wydmuszką. Obecni mieszkańcy zapomnieli, że są po trosze Polakami, Ukraińcami, Żydami i Niemcami. Jedyne ślady dawnej wielokulturowości można dziś zobaczyć w architekturze cerkiewnej, na ocalałych cmentarzach żydowskich czy w pojedynczych synagogach.
"Wielokulturowość na pograniczu może być w ludziach podskórna. Nie ma tak naprawdę ukraińskości, nie ma kultury żydowskiej, nie ma niemieckości związanej z kolonizacją józefińską na Roztoczu Wschodnim. To wszystko pozostało jedynie w artefaktach" - wyjaśnia Gmiterek.
Wieści o politycznych polsko-ukraińskich układankach i incydentach antyukraińskich w różnych częściach kraju brzmią na Roztoczu intensywniej. To historycznie Małopolska Wschodnia, podobnie, jak Radruż (większość mieszkańców była Ukraińcami), gdzie prezydent Karol Nawrocki przemawiał w podczas ostatniej rocznicy rzezi wołyńskiej. Na pograniczu te emocje są większe - pojawia się niepokój, choć autor "Epifanii pana Eljasza" zaznacza, że w kontaktach z Ukraińcami tego nie widać.
Boleję nad tym. Dotknęło mnie to, choć to dla mnie odległa perspektywa. Słyszę opinie, że kontakt człowieka z człowiekiem jest zupełnie inny w mikroświecie. Na poziomie narodowym - wyłącza się tę społeczność. Ci ludzie pozostają obcy, ale na razie są akceptowani
- opowiada pisarz.
Na pograniczu pytanie o własną tożsamość nigdy nie jest proste. Ta refleksja nie jest jednak powszechna. Według Gmiterka - na tych terenach każdy ma własną pamięć (Polacy swoją, Ukraińcy swoją), tu nie ma wątków pobocznych. Inaczej jest, kiedy ludzie wchodzą w relacje z innymi.
Zapomniano o wielości etnosów, języków i wyznań. Mniejszości po obu stronach granicy są tak samo mało liczne. A dewiza gościa Przed Horyzontem, która brzmi: "Polskość, ukraińskość. Wszędzie jesteśmy u siebie, wszędzie jesteśmy gośćmi" - jest już bardzo niepopularna.
"To co dziś nazywamy pograniczem, kiedyś było centrum" - pisze Gmiterek. "Był sad, który zamienił się w las, ten las zamienił się w puszczę, a ta puszcza nierzadko w rezerwat" - to także pisze Gmiterek.
Czy jesteśmy gotowi na współczesną wielokulturowość?
Jesteśmy gotowi na wielokulturowość zamkniętą w muzeach, książkach historycznych, obchodach, wspominkach. Wielokulturowość jest dzisiaj na pograniczu traktowana jako alibi - patrzcie jak to pięknie bywało, jak się staramy - punktowo - dbać o to i przypominać. Zapomnieliśmy, że tak było. Szczycenie się wielokulturowością jest alibi dla nicnierobienia, dla budowania współczesnych narracji opartych na stereotypach.