Łukasz Gibała. Zwycięstwo po latach politycznej determinacji
Panie profesorze, czy w Krakowie rzeczywiście stało się to, co musiało się stać? Kilkanaście lat pracy nad wizerunkiem, miliony przeznaczone na projekt „Prezydent”. Czy to wszystko prędzej czy później było skazane na sukces?
Prof. Marek Bankowicz: Tak to rzeczywiście wyglądało. Muszę powiedzieć, że mnie, jako osobę, która prowadziła bezemocjonalną analizę politologiczną tego, co dzieje się w Krakowie, ten wynik nie zaskakuje. Można powiedzieć, że wielkimi krokami nadchodził czas Gibały.
Łukasz Gibała poprzez swój niezwykły upór, determinację i konsekwencję w dążeniu do prezydentury wyrobił sobie dobrą markę wśród dużej części krakowskich wyborców. Okazało się, że dysponuje własnym zapleczem wyborczym, a do tego dochodzi umiejętność pozyskiwania w drugiej turze poparcia elektoratów przegranych kandydatów.
Efekt jest taki, jaki widzimy. To bardzo triumfalne zwycięstwo Gibały. Jego przewaga nad konkurentką, wynosząca 25 punktów procentowych, oznacza bardzo zdecydowaną wygraną i daje mu mocny punkt startu do prezydentury.
A zobaczył pan w tym roku innego Gibałę? Innego od tego, który startował dwa czy siedem lat temu?
Widziałem Gibałę mocniejszego politycznie i merytorycznie. Gibała rósł z wyborów na wybory. Jak wszyscy doskonale wiemy, czterokrotnie startował w wyborach prezydenckich i za każdym razem osiągał coraz lepszy wynik.
Już podczas poprzednich wyborów otarł się o zwycięstwo, przegrywając z Aleksandrem Miszalskim różnicą zaledwie dwóch punktów procentowych. Właśnie wówczas zadziałał ten mechanizm pozyskiwania w drugiej turze poparcia wyborców przegranych kandydatów, a w szczególności kandydata, który w pierwszej turze zajmuje trzecie miejsce.
Niezmiennie był to kandydat Prawa i Sprawiedliwości. Jak się okazało, elektorat PiS w drugiej turze w sposób niezwykle zdyscyplinowany przenosi swoje poparcie na Gibałę. Zgodnie z zasadą: każdy, byle nie kandydat, a w tym przypadku kandydatka Koalicji Obywatelskiej.
Jak przed chwilą powiedział prezes Jarosław Kaczyński: „Byle nie Tusk”. Ta zasada zadziałała tutaj z żelazną konsekwencją, z korzyścią dla Łukasza Gibały i z wielką niekorzyścią dla jego konkurentki politycznej.
„Wyborcy pokazali klasie politycznej żółtą kartkę”
Za moment wrócę do tego wątku. Najpierw pytanie o to, co Krakowianie pokazali całej klasie politycznej. Pytam o tę gigantyczną przewagę Łukasza Gibały w drugiej turze.
Trzeba powiedzieć, że wyborcy pokazali klasie politycznej żółtą kartkę, już skłaniającą się w stronę czerwonej, by posłużyć się metaforą z boisk piłkarskich.
W sensie politycznym wybory w Krakowie pokazały, że przegrały wszystkie formacje ogólnopolskie. Przegrała Koalicja Obywatelska, która utraciła Kraków. Przegrało Prawo i Sprawiedliwość, które uzyskało skromny wynik wyborczy, niedający szansy wejścia do drugiej tury.
Przegrały obie partie lewicowe, uzyskując wyniki znacznie poniżej oczekiwań, i to w realiach krakowskich, które zdawałyby się im sprzyjać. Skoro te wyniki są tak słabe w Krakowie, to aż strach pomyśleć, z perspektywy tych ugrupowań, co będzie w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Przegrały również obie Konfederacje. Jedna się skompromitowała, nie będąc w stanie wystawić kandydata. Druga wystawiła kandydata, ale wynik na poziomie czterech procent to także bardzo mało.
Przegrała nowa formacja byłego premiera Mateusza Morawieckiego. Ugrupowanie, które ma ogromne aspiracje polityczne, nie było w stanie wystawić własnego kandydata w wyborach krakowskich. Tym samym oddało niezwykle ważne wybory, które, jak wszystko wskazuje, były najważniejszym sprawdzianem przed przyszłorocznym starciem parlamentarnym.
Niezdolność do wystawienia kandydata jest bardzo poważnym obciążeniem i zapowiada duże kłopoty dla tego ugrupowania. A zatem przegrali wszyscy. Wygrał Łukasz Gibała.
Czy niezależni samorządowcy mogą stworzyć nową siłę polityczną?
Panie profesorze, już teraz pojawiają się pytania, czy niezależni samorządowcy mogą stać się w niedalekiej przyszłości nową Trzecią Drogą?
Być może tak, ale to wymaga uporu i konsekwencji rozłożonej na lata aktywności. Taką działalność przez całe lata prowadził w Krakowie Łukasz Gibała.
Potrzebna jest więc wytrwałość, chęć osiągnięcia celu i dążenie do niego z żelazną konsekwencją. Ale poza tym konieczne są również określone nakłady finansowe.
Gdyby te dwa elementy udało się połączyć w szerszej skali, w odniesieniu do samorządowców działających w różnych częściach Polski, to kto wie? Trzeba jednak podkreślić, że jest to niezwykle trudne.
Łukasz Gibała mógłby być liderem takiego ruchu?
Mógłby, tylko nie wiemy, jakie są jego aspiracje. Do prezydentury Krakowa dążył przez lata z niezwykłą determinacją. Jeszcze raz to podkreślam, bo jest to determinacja budząca uznanie.
Po trzech porażkach nie zaprzestał działalności, lecz konsekwentnie ponawiał swoją kandydaturę. Przez cały ten czas był też aktywny w polityce samorządowej. To nie był przypadek polityka, który budzi się dopiero w okresie kampanii wyborczych.
Ewentualni następcy Gibały czy jego kontynuatorzy w innych miastach musieliby wykazać się podobną konsekwencją.
Natomiast Gibała osiągnął już swój cel. Zrealizował swoją wielką ideę, którą była prezydentura Krakowa. Myślę, że na razie powinien się tą prezydenturą zadowolić.
Jeżeli okaże się bardzo sprawnym, dynamicznym prezydentem, który dobrze radzi sobie z zarządzaniem miastem, będzie miał otwartą drogę do wyborów w 2029 roku, czyli do wygrania wyborów na pełną, pięcioletnią kadencję. Sądzę, że obecnie nie będzie się porywał na cele polityczne wykraczające poza Kraków. Kto wie jednak, co wydarzy się później?
Gdybyśmy chcieli trochę pospekulować i założyć, że jego prezydentura okaże się długa i naznaczona sukcesami, to otworzą się przed nim nowe możliwości. Wiemy przecież, że nie może, wzorem swojego poprzednika Jacka Majchrowskiego, być prezydentem przez dwie dekady, nawet przy najlepszych notowaniach w Krakowie. Obowiązujące przepisy prawne na to nie pozwalają.
Jeśli więc zakończy swoją działalność prezydencką w Krakowie z sukcesem, i to sukcesem znaczącym, będzie to dla niego trampolina do wyznaczania sobie kolejnych zadań politycznych, już w skali ponadkrakowskiej, czyli ogólnopolskiej.
Co ciekawe, sam Łukasz Gibała, pytany o wpływ krakowskich wyborów na politykę krajową, mówi, że ten wpływ będzie znikomy. Czy pan się z tym zgadza?
Na razie tak, ponieważ Kraków nie jest Polską w miniaturze. Sytuacja krakowska jest bardzo szczególna. Co więcej, mieliśmy do czynienia z wyborami samorządowymi, które jakościowo różnią się od ogólnokrajowych wyborów parlamentarnych. Nie ma więc prostego przełożenia sytuacji w Krakowie na politykę ogólnopolską.
Jednak formacje ogólnopolskie powinny wyciągnąć z tych wyborów pewne wnioski. Doświadczenia krakowskie pokazują bowiem, że ugrupowania ogólnopolskie znajdują się w pewnym kryzysie.
Na razie nie widać konkurenta spoza obecnego spektrum politycznego. Nie mamy takiego Gibały w skali ogólnokrajowej, ani w znaczeniu personalnym, ani instytucjonalnym. I na razie raczej go nie będzie. Przywołał pan opinię samego Łukasza Gibały. Ona także wskazuje, że jego zamiary ograniczają się obecnie do problematyki krakowskiej i sprawowania urzędu prezydenta Krakowa. Na razie nie wyznacza sobie innych zadań.
Fenomen Gibały. Poparcie zarówno z lewej, jak i prawej strony
Panie profesorze, w Krakowie wybory wygrywa ktoś, kto przekonał lewicę, że jest lewicowy, a Konfederację, że jest konserwatywny. Jak to się robi?
O to należałoby zapytać Łukasza Gibałę, ponieważ posiadł jedyną w swoim rodzaju umiejętność pozyskiwania elektoratów ze wszystkich stron sceny politycznej. To rzadka umiejętność. Nawet jeżeli ograniczymy ją do specyfiki samorządowej Krakowa, to jest czymś zaskakującym, że Łukasz Gibała jest tak bardzo akceptowalny dla elektoratu prawicowego.
Tutaj jednak mamy pewne wytłumaczenie. Gibała jest politykiem, który ma potencjał do skutecznej walki z Koalicją Obywatelską. Zgodnie z hasłem „Byle nie Koalicja Obywatelska, byle nie Tusk” może więc liczyć na poparcie prawicowego elektoratu, który skądinąd słynie z lojalności partyjnej.
Większą zagadką jest natomiast niemałe poparcie Gibały ze strony wyborców lewicowych. Nie do końca wiadomo, z czego ono wynika. Być może pewną rolę odgrywają jego polityczne korzenie. Jak wiemy, przed laty należał do lewicującego skrzydła Platformy Obywatelskiej, a później przez pewien czas działał w Ruchu Palikota. Jego osobiste poglądy są dość liberalne. Być może właśnie w tym tkwi tajemnica jego sukcesu po lewej stronie krakowskiej sceny politycznej.
Zastanawiające jest jednak to, że poparcie dla Gibały, które w końcowej fazie wyborczej rozgrywki przychodzi ze strony prawicy, nie osłabia pozytywnego nastawienia do niego znacznej części elektoratu lewicowego. Trzeba więc powiedzieć, że Gibała jest fenomenem sam w sobie. I to fenomenem nie tylko krakowskim, ale również ogólnopolskim. Wykazuje nadzwyczajną zdolność pozyskiwania poparcia ze wszystkich stron sceny politycznej.
Tak czy inaczej, w pana ocenie w Krakowie wygrywa progresywista, mimo że, jak sam mówi, nie zawsze sprawdza się progresywna polityka?
Tak, wygrywa progresywista, chociaż będzie musiał swój progresywizm nieco poskramiać ze względu na poparcie, które uzyskał od prawicowych wyborców.
Prawdopodobnie będzie więc zachowywał się w sposób bardzo umiarkowany i wyważony. Dwa i pół roku minie szybko i stanie przed kolejną, najprawdopodobniej, weryfikacją wyborczą.
Na razie nie należy się spodziewać, że jego własny elektorat urośnie w tym czasie do takich rozmiarów, by mógł samodzielnie wygrać wybory, bez konieczności zabiegania w drugiej turze o poparcie prawicowych wyborców.
Będzie więc musiał uwzględniać ich oczekiwania w swoich działaniach. Z tego powodu nie spodziewałbym się nadmiernego progresywizmu.
Z drugiej strony nie sądzę również, aby Łukasz Gibała zaprzeczył całemu swojemu dotychczasowemu wizerunkowi politycznemu i nagle wystąpił jako prezydent Krakowa w zupełnie nowym uniformie, jako zaprzysięgły prawicowiec.
Dziewięć miliardów złotych długu i trudna współpraca z radą miasta
To już na koniec, panie profesorze. Wczoraj Łukasz Gibała wielokrotnie mówił, że to będą bardzo trudne dwa lata. Gdzie są potencjalne niebezpieczeństwa, które mogłyby osłabić jego kandydaturę przed kolejnym startem w 2029 roku?
Z całą pewnością przed nowo wybranym prezydentem bardzo trudne lata.
Przede wszystkim Kraków ma ogromne, dziewięciomiliardowe zadłużenie, które będzie bardzo ciążyć na prezydencie. Nie ma cudownego sposobu, aby sobie z tym poradzić.
Muszę przy tym powiedzieć, że zadłużenie to nie jest konsekwencją jakichś poważnych błędów popełnionych przez poprzednich prezydentów. Mamy bowiem w kraju błąd systemowy, polegający na tym, że samorządom wyznacza się zbyt wiele zadań w stosunku do możliwości ich finansowania. Ten problem systemowy nie zostanie szybko wyeliminowany. Łukasz Gibała będzie więc musiał zmagać się z potężnym deficytem miasta.
Zapowiada różne działania oszczędnościowe, ale nawet gdyby zostały zrealizowane w stu procentach, problem deficytu nadal będzie dawał o sobie znać.
Tym bardziej że Gibała przyjął pewne założenie, o którym wyborcy będą pamiętać. Dochodzi do urzędu jako kandydat, który mówi: „Oszczędności należy szukać, ale nie kosztem wyborców”. Gdyby odstąpił od tej zasady, jego poparcie mogłoby drastycznie spaść.
Przed nim zatem bardzo trudny okres, tym bardziej że, jak wszyscy doskonale wiemy, przynajmniej na dziś nie będzie miał własnego zaplecza w radzie miasta. Będzie musiał współpracować z radą, która jest mu politycznie nieprzychylna.
Z drugiej strony rada miasta, w której większość mają Koalicja Obywatelska i Nowa Lewica, również nie może przesadzić z utrudnianiem prezydentowi pracy. Nowo wybrany prezydent, powołany przez Krakowian, będzie przez pewien czas cieszył się naturalnym kredytem zaufania. Wyborcy go powołali, a wyborcy się nie mylą, prawda? Suweren się nie myli.
Skoro suweren wybrał tego prezydenta, to chce, aby mógł on realizować swój program.Gdyby więc Gibała natrafił na zaciekły opór ze strony rady miasta, wyborcy mogliby w niedalekiej przyszłości, podczas wyborów parlamentarnych, ukarać te siły polityczne, które nadmiernie przeszkadzałyby nowemu prezydentowi i utrudniały mu sprawowanie urzędu.
Dlatego uważam, że dla dobra Krakowa i jego mieszkańców, bo problemów stojących przed miastem jest rzeczywiście bardzo dużo, obie strony tego układu, czyli ośrodek prezydencki i rada miasta, muszą wypracować jakąś platformę współpracy i współdziałania.