Niestety ręce opadają, kiedy patrzymy na to, co media tradycyjne i platformy społecznościowe wyprawiają w pogoni za zasięgami. Zamiast chłodnej, rzeczowej analizy mamy festiwal medialnego szaleństwa i bezwzględną monetyzację ludzkiego nieszczęścia. A przecież nauka i twarde, wieloletnie badanie nad szkolnymi strzelaninami, mówią wprost. Bezwzględnie działa tu mechanizm społecznego zarażania.
Proszę sobie wyobrazić, że po każdym nagłośnionym ataku przez około dwa tygodnie ryzyko wystąpienia kolejnego incydentu rośnie drastycznie. Dlaczego? Ponieważ tacy napastnicy często marzą tylko o jednym. O cyfrowej sławie. O tym, żeby ich twarz, sylwetka i manifesty obiegły internet. Kiedy algorytmy social mediów kręcą liczniki wyświetleń, a media robią z nich antybohaterów, analizują każdy krok i cytują toksyczne wpisy, wysyłają do innych, niezrównoważonych osób czytelny sygnał. "Patrz, jeśli to robisz, cały kraj będzie o tobie mówić".
Amerykanie mają w tej czarnej materii bolesne wieloletnie doświadczenie i wyciągnęli z niego twarde wnioski. Czas, żebyśmy my wreszcie odrobili tę lekcję. Zasada jest brutalnie prosta. Zero twarzy sprawcy. Zero jego pseudo-manifestów w social mediach. Do tego całkowity koniec clickbaitów opartych na krwi.
Zamiast tego skupmy się na ofiarach, profilaktyce i realnej pomocy. Jeśli media i platformy społecznościowe nie zepchną sprawców w mrok całkowitego zapomnienia, na który w pełni zasługują, sami będziemy napędzać to błędne koło.
Taka to niestety smutna radiowa prawda, a nie żaden fejk.