Obawia się pan, w jakim Krakowie obudzi się 12 października? A może żyje pan nadzieją, że będzie to piękny, nowy Kraków?
- Cały czas żyję nadzieją, że będzie normalnie.
To znaczy, że będzie nowy, piękny Kraków czy będzie tak, jak było?
- Nie, nie. Będzie nowa, piękna.
Rozumiem, że wskazuje pan na kandydatkę. Ostatnie miesiące pokazują jednak, że miasto funkcjonuje, choć wystarczy do tego jedna osoba pełniąca obowiązki prezydenta. To zasługa odpowiedzialnego zarządzania Stanisława Kracika czy pamięci instytucjonalnej urzędu?
- Myślę, że obu tych rzeczy. Kiedy spojrzymy na skład zespołu, który pracował pod kierunkiem Aleksandra Miszalskiego, a w którym był również Stanisław Kracik, widzimy pełną niemoc, brak podejmowania decyzji i stagnację. Natomiast kiedy Kracik sam zaczął zarządzać miastem, pokazał, że potrafi to robić i że Kraków może normalnie funkcjonować.
Stracona kadencja?
Ma pan satysfakcję, że kolejny prezydent Krakowa, którego prawdopodobnie poznamy 11 października po godzinie 21, będzie oddawał do użytku inwestycje rozpoczęte jeszcze przez pana? Przez ostatnie dwa lata niewiele się wydarzyło, a przez kolejne dwa prawdopodobnie również niewiele się wydarzy.
- Do tej pory oddawano w zasadzie wyłącznie inwestycje, które ja rozpocząłem. Zresztą czasami bez podkreślania tego faktu, bo zawsze przyjemnie jest przypisać sobie całą zasługę. Referendum sprawiło, że ta kadencja jest stracona. Wszystko idzie siłą rozpędu, dzięki temu, co zostało rozpoczęte jeszcze za moich czasów. Sam pan Gibała mówi, że to są dwa lata, w których nie da się nic zrobić.
Czy te wielkie turbulencje w obecnej kadencji – najpierw odwołanie prezydenta, potem przedterminowe wybory – będą miały konsekwencje również w kolejnych latach, a może nawet w następnej dekadzie?
- Oczywiście. To przechodzi na następną kadencję.
Jakiego odbicia będzie więc potrzebował Kraków po tym roku turbulencji?
- Przede wszystkim Kraków będzie potrzebował kogoś, kto zacznie faktycznie zajmować się sprawami miasta: finansami, inwestycjami i wszystkimi rzeczami, które należą do zarządzania miastem.
Godzinę temu profesor Łukasz Danel z Uniwersytetu Ekonomicznego mówił na naszej antenie, że Kraków nie może się odnaleźć po Jacku Majchrowskim i stąd te turbulencje. Czuje pan taką schadenfreude, że po panu nie bardzo to wszystko idzie?
- Muszę powiedzieć, że ze smutkiem czuję taką schadenfreude. Ale mówi mi to również cała masa ludzi, których spotykam. To jest bardzo sympatyczne.
Jakich pierwszych decyzji oczekiwałby pan od nowego prezydenta, ktokolwiek nim zostanie?
- Trudno mówić za kogoś, bo wszystko zależy od tego, jakie będzie miał priorytety i na co zechce postawić. Sądzę jednak, że będzie to przede wszystkim kwestia unormowania sytuacji finansowej. Tym bardziej że, z tego, co wiem, sprawy zaszły już za daleko. Na przykład wydano decyzje ZRID. Nie znam dokładnie obecnej sytuacji, bo nie śledzę jej na bieżąco i nie jestem już wewnątrz urzędu. Ale kiedy miasto wydaje decyzję ZRID, musi wypłacić odszkodowania. Tymczasem te decyzje dotyczą czasami inwestycji planowanych dopiero za kilka lat. Skoro wydano je teraz, trzeba już teraz wypłacać odszkodowania. Z tego, co wiem, chodzi o około miliard złotych.
Czyli pierwsze decyzje, których oczekiwałby pan od nowego prezydenta, dotyczyłyby uporządkowania finansów miasta. Ale ta sytuacja finansowa jest również następstwem pana rządów.
- Niezupełnie. Po moich ponad dwudziestoletnich rządach zadłużenie wynosiło mniej więcej dwie trzecie tego, co mamy obecnie. Pozostała jedna trzecia powstała już w okresie, kiedy nie zarządzałem miastem. Proszę jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Wszyscy mówią, że zadłużyłem Kraków. Tylko że to nie jest tak, że miasto wzięło pieniądze i nie wiadomo, co się z nimi stało.
To zadłużenie to szkoły, drogi, przedszkola, baseny, sale gimnastyczne, boiska, Tauron Arena, nowe teatry, wyposażenie szpitali, skwery i parki. To wszystko, czego oczekiwali mieszkańcy i co trzeba było zrobić. Przeliczyłem sobie, że gdyby inwestycje zrealizowane w okresie moich rządów trzeba było wykonać dzisiaj, kosztowałyby przynajmniej o 100 procent więcej. Ceny betonu, stali zbrojeniowej i koszty pracy wzrosłyby właśnie o tyle.
Wtedy miałem jeszcze możliwość pozyskiwania dodatkowych pieniędzy z różnych źródeł: od władz centralnych czy z Unii Europejskiej. Realizowałem inwestycje w taki sposób, żeby przynajmniej 50 procent kosztów pokrywały środki zewnętrzne. Te wszystkie rzeczy i tak trzeba byłoby zrobić. Tylko dzisiaj kosztowałyby dwa razy więcej, a ich realizację trzeba byłoby rozłożyć na wiele lat.
"Monika Piątkowska "Zna tkankę miasta"
Panie prezydencie, mówi pan, że jedna trzecia obecnego, dziewięciomiliardowego zadłużenia Krakowa powstała w ostatnich dwóch latach, za rządów Aleksandra Miszalskiego. Jednocześnie twierdzi pan, że kiedy Stanisław Kracik był wiceprezydentem, miasto tkwiło w stagnacji, a kiedy został osobą pełniącą funkcję prezydenta, nagle wszystko ruszyło. Czyli bez Aleksandra Miszalskiego. Dzisiaj były prezydent Miszalski pisze, że Monika Piątkowska jest jego kandydatką. Czy to dla niej pocałunek śmierci?
- Mam nadzieję, że nie. Monika ma zupełnie inny charakter niż pan Miszalski. Ma świadomość tego, czym jest miasto. Pracowała w Wydziale Strategii i Rozwoju, co chciałbym szczególnie podkreślić. Zna tkankę miasta, wie, jak wszystko funkcjonuje. Wie również, że trzeba oprzeć się na urzędującym zespole urzędników i pracownikach miejskich spółek. Po prostu wie, co trzeba zrobić. Moim zdaniem daje gwarancję, że nie będzie zatrudniała ludzi na podstawie politycznych układów, ale według kryteriów merytorycznych. Rozmawiałem z nią o tym.
Ale sama jest członkinią Koalicji Obywatelskiej.
- To nic nie znaczy.
Podobnie jak Aleksander Miszalski.
- To naprawdę nic nie znaczy.
Rozumiem więc, że Monika Piątkowska pójdzie inną drogą niż Aleksander Miszalski. To chciał pan powiedzieć?
- Tak, tak. Jak Ludwik Dorn i Saba.
Pytałem wcześniej, jakich pierwszych decyzji oczekiwałby pan od nowego prezydenta. A co by mu pan odradzał?
- Uważam, że jeżeli ktoś przychodzi do urzędu, powinien mieć przynajmniej w głowie jakąś koncepcję jego funkcjonowania, również koncepcję personalną. Powinien się nad tym wszystkim zastanowić i podejmować decyzje merytorycznie, spokojnie, bez populizmu.
Czyli przede wszystkim trzymać się z daleka od decyzji populistycznych. A jak się panu podoba obecna kampania wyborcza, która przed drugą turą przeniosła się również na sale sądowe?
- Sztaby wyborcze lubią się procesować. Zresztą ja również, jak pan zapewne pamięta, podczas jednej z kampanii wyborczych pozwałem urzędującego wówczas premiera Mateusza Morawieckiego i wygrałem. Jeżeli ktoś powiedział coś nieprawdziwego, należy to prostować. Ale skoro mówimy o kampanii, to chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze. Kampania prowadzona jest w Krakowie, ale nie tylko tutaj. Dzisiaj natrafiłem na Facebooku na wpis Marty Ratuszyńskiej z Radomia, która chciała kandydować na urząd prezydenta.
Mówimy tyle o tym, co dzieje się w szkołach, o młodzieży, która przychodzi z nożami. Tymczasem ta pani przedstawia taki wywód: skoro zamordowano prezydenta Gdańska, a potem jego zastępczyni, Aleksandra Dulkiewicz, została prezydentem, to żeby prezydentem Krakowa została moja współpracownica Monika Piątkowska, należałoby mnie zamordować. Jeżeli w przestrzeni publicznej pojawiają się takie teksty, to gdzie my żyjemy?
Pomijam już niestandardowy tok rozumowania autorki tego wpisu. Skoro jednak mówimy o hejcie, to w rozmowie z „Gazetą Krakowską”, odnosząc się właśnie do nienawistnych komentarzy, powiedział pan, że w tych wyborach wszystko psieje. Ta kampania była pod psem?
- Nie mówię o kampanii jako takiej. Mówię o tym, że zachowania polityczne są pod psem. Naprawdę.
"Przyjaźni nie było"
Ale czy pan sam nie hejtuje Łukasza Gibały, kiedy jego rodzinne interesy określa pan w sposób, który można byłoby delikatnie nazwać „brudnym familiaryzmem”?
- Uważam, że tego rodzaju działania nie powinny być chwalone. Tym bardziej że ten majątek był w pewnym momencie zdobywany niezupełnie zgodnie z prawem. Jak pan wie, ojciec Łukasza Gibały miał wyroki sądowe, co prawda już zatarte, ale dotyczące łapownictwa przy wprowadzaniu swoich produktów alkoholowych do sprzedaży.
Nie boi się pan procesu w trybie wyborczym?
- Ale to jest fakt. Mam ten wyrok sądowy.
Panie prezydencie...
- To była zresztą łapówka w kwocie nie mniejszej niż 800 tysięcy złotych.
Rozumiem, że między panem a Łukaszem Gibałą nigdy nie było przyjaźni.
- Może przyjaźni nie było, ale wynikało to z nieustannych, bezpośrednich ataków jego i jego akolitów na mnie. Ataków prowadzonych w sposób chamski. Trudno więc oczekiwać, żebym kochał tego pana.
Ale kiedy spojrzymy na ostatni sondaż, wszystko wskazuje na to, że Łukasz Gibała zostanie nowym prezydentem Krakowa. Opublikowany dzisiaj sondaż daje mu ponad 59 procent poparcia, a Monice Piątkowskiej nieco ponad 40 procent.
- Nigdy nie wierzyłem sondażom, jak pan doskonale wie, bo sondaże nigdy nie oddawały tego, co jest naprawdę. Liczę więc na to, że mieszkańcy wiedzą, jak głosować.
Przez lata przygotowywał pan własne sondaże.
- Tak, a Monika tego nie zrobiła.
Czyli mamy z pana strony wyraźne poparcie dla Moniki Piątkowskiej. Nazwisko nowego prezydenta Krakowa poznamy 11 października, prawdopodobnie po godzinie 21. Pan pozostanie najdłużej urzędującym prezydentem miasta, bo ze względu na kadencyjność ten rekord nie zostanie pobity.
- Chciałbym jeszcze powiedzieć jedną rzecz, jeżeli można. Dzisiaj został wydany list byłych prezydentów Krakowa: pana Bachmińskiego, Lasoty, Gołasia i mój. Popieramy w nim Monikę Piątkowską i pokazujemy pewne możliwości działania pana Gibały.
Rozumiem, że prezydent Gołaś również podpisał ten list?
- Tak, również.
Naszym gościem był profesor Jacek Majchrowski, prezydent Krakowa w latach 2002–2024. Ze względu na kadencyjność wszystko wskazuje na to, że pozostanie rekordzistą w historii Krakowa.
- Jak dotąd.