Kręci się wokół tego niezła aferka, tylko że z kategorii komedii pomyłek. Internetowi eksperci od geopolityki znaleźli ostateczny dowód na słabość polskiej granicy. O co chodzi? O słynną jednodniową sensację. Zdjęcie plaży na Mierzei Wiślanej w malowniczych piaskach. Widzimy tam rozciągnięty w poprzek piasku niski płotek z siatki. Taki, który najwyżej krowy albo sąsiada od sąsiada odgradza. Natychmiast poszła narracja - "tymczasem na granicy polsko-rosyjskiej; zobaczcie czym nas bronią".
Sęk w tym, że autorzy tych wpisów mają chyba spory problem z mapą i odległościami. Po pierwsze to zdjęcie ma już kilka lat. Można je znaleźć choćby na blogu podróżniczym z 2020 roku. Po drugie ten uroczy płotek w piaskach znajduje się prawie 400 metrów przed faktyczną strzeżoną granicą państwową. Straż graniczna ręce załamuje, bo tłumaczy to turystom i internautom niemal codziennie. Ta siatka nie ma z granicą absolutnie nic wspólnego.
Jak wygląda prawdziwa granica? Tam, gdzie faktycznie przebiega pas graniczny, żadnego płotku na plaży nie uświadczycie. Są za to profesjonalne systemy monitoringu, wieże obserwacyjne, pas drogi granicznej i słynne słupy z orłem. Kto podpadnie i podejdzie tam bez specjalnego pozwolenia, bardzo szybko przekona się, że żarty się skończyły. Zamiast na Twitterze, skończy się na komendzie Straży Granicznej.
Zatem zapamiętajmy. Zanim podamy dalej kolejny internetowy hit o siatce na granicy, sprawdźmy, czy nie oglądamy po prostu płotka przy wejściu numer jeden w malowniczych piaskach.
Dezinformacja lubi płytką wodę, zwłaszcza na Mierzei.