Marcin Koszałka kręci nowy film. Po latach sukcesów w fabule wraca do dokumentu i zastrzega, że może to być jego ostatnie wyzwanie non fiction. Punktem wyjścia w filmie "Filar" jest free solowe przejście Filara Kazalnicy z klasycznym obejściem Wielkiego Okapu, bardzo trudnej trasy zdobytej samotnie i bez zabezpieczenia przez wieloletniego przyjaciela i idola reżysera, Andrzeja Marcisza. Ale to coś więcej niż opowieść o wyczynie 64-letniego dziś pioniera polskiej wspinaczki sportowej, medalisty mistrzostw Europy, taternika i publicysty, który spełnia swoje marzenie, stawiając na szali własne życie. To przede wszystkim uniwersalna opowieść o męskiej przyjaźni, kryzysie wieku średniego, starzeniu się i chorobie oraz cenie, którą płaci się za marzenia. To także poruszająca historia o rodzinie i odpowiedzialności za nią.
Marcin Koszałka i Andrzej Marcisz/fot. Sylwia Paszkowska
Sylwia Paszkowska: Andrzej Marcisz zrealizował swoje wielkie marzenie i plan sprzed lat, tu zacytuję: "Przesolował drogę Filara z obejściem Wielkiego Okapu". Przesolował, czyli odbył wspinaczkę free solo, co nakręcił Marcin Koszałka do swojego filmu dokumentalnego. Jest to wybitne osiągnięcie. Wielkie gratulacje.
Andrzej Marcisz: (ze śmiechem) Taka emerycka ścieżka.
Marcin Koszałka: Może ja powiem, bo Andrzejowi jest głupio mówić o sobie. Dla osób niewtajemniczonych. Andrzej pokonał trasę, która jest trudną drogą w pionie, na bardzo ryzykownej ścianie, największej ścianie tatrzańskiej Kazalnicy, która ma 55 metrów. Jest to wspinaczka pionowa, miejscami w przewieszeniu, gdzie jest bardzo niebezpiecznie, krucho. W każdej chwili coś może się urwać. A wspinaczka free solo to po prostu, po polsku, w żargonie wspinaczka „na żywca”, czyli bez żadnej asekuracji, bez uprzęży. Andrzej nie miał telefonu, nie miał kasku.
AM: Można mieć tylko buty, woreczek na magnezję i własne dłonie.
MK: Nawet sprawdzałem ostatnio na wszystkich moich tutaj AI-owych researcherach, które sprawdzają cały świat, że nikt takiego przejścia w podobnym wieku nie dokonał. Było kilku konkurentów, większość z nich już nie żyje. Jeden żyje i jest dużo młodszy od Andrzeja. Nazywa się Alex Honnold i on dokonał przejścia słynnego Freeridera na El Capitan i o tym powstał film „Free Solo”, który dostał Oscara. Ten chłopak ma ponad 30 lat, a Andrzej ma 64 lata.
AM: Z Honnoldem spotkałem się w 2018 roku w Yosemite. Było to niesamowite spotkanie, ponieważ czekaliśmy na przejście drogi na Middle Cathedral i nagle pojawił się jakiś taki chłopaczek, zobaczyłem go 15 metrów gdzieś w ścianie. Zupełnie surrealny obraz, bo skąd on tam się wziął? Pionowa, gładka ściana. Za chwilę zszedł, podszedł do nas i zapytał, czy go przepuścimy w kolejce, bo chce zrobić tę drogę. Zatkało nas, ale powiedzieliśmy „okej”. Nie widzieliśmy, kto to jest. Dopiero jak zaczął się wspinać, podszedł do nas jakiś instruktor i powiedział, że to właśnie Alex Honnold, który przesolował tę ścianę na Half Dome. To już teraz wiemy, o kogo chodzi. Cały czas zastanawiałem się, bo ta droga, którą on się wspinał i którą my mieliśmy się wspinać, kończy po 5 wyciągach, takich pionowych, trudnych płytach i wszyscy stamtąd zjeżdżają. Zastanawiałem się, co on zrobi. Dojdzie do góry i co dalej? Oczywiście doszedł, a potem zszedł tą samą drogą. To wielka klasa. Dało mi to dużo do myślenia, że nawet nierealne rzeczy można zrobić.
MK: Jeszcze może równolatkiem jest Alain Robert, który wspina się po wieżowcach.
Ile trwa takie przejście? Ile trwało to konkretne przejście?
AM: Bardzo długo. Tę drogę w 1987 roku robiłem ze śp. Krzyśkiem Pankiewiczem. Zrobiliśmy ją w 1 godzinę 50 minut we dwóch, asekurując się. Asekuracja zajmuje dużo czasu. Można też wspinać się bardzo szybko, szczególnie jak się idzie na drugiego. Od tamtego czasu ten rekord jest ciągle w naszych rękach. Gdyby porównać ten sam odcinek, który jest, taki powiedzmy, pomiarowy dla wspinaczy, czyli te 400 metrów od początku drogi do siodełka na filarze, to robiłem je w 2 godziny i 30 minut. To jest generalnie długo. Na ten szczyt jeszcze trzeba wyjść, a to jest kolejne 200 metrów w pionie na bardzo niewdzięcznym terenie. Pionowe trawy, kruchy teren. Jest to odcinek, na którym trzeba być bardzo skupionym. Dostałem tam bardzo w kość, bo jest to taki kocioł, nawet nazywa się to Sanktuarium, Kocioł Kazalnicy. Tam dopadło mnie słońce, boczne południowe słońce. Na szczyt doszedłem wykończony ze względu na brak wody i bardzo wysoką temperaturę.
W przewodniku, który teraz się drukuje i którego jestem współautorem, nazwaliśmy to przejście „Filar z klasycznym obejściem Wielkiego Okapu”.
Pamiętacie, kiedy się poznaliście? W którym roku?
AM: Jak się patrzy wstecz, to znamy się od zawsze, to znaczy od kiedy Marcin zaczął się wspinać, bo ja zacząłem się wspinać znacznie wcześniej, to już prawie pięćdziesiąt lat.
A Marcin się wspina od kiedy?
MK: Pojawiłem pewnego dnia na Zakrzówku. To tam poznałem Andrzeja i całą tę elitę. Był tam także Piotr Korczak, szalony człowiek, ale było tam też wiele innych bardzo znanych osób.
O nim też nakręcił pan film.
MK: Tak. To zresztą odwieczny rywal Andrzeja, z którym się ścigał. Andrzej był już blisko, ale odpuścił jednak „prostowanie filara”, które było logiczną direttissimą. Bardzo trudna droga. Andrzej w zasadzie już miał to na końcu, ale odpuścił i zrobił to jego rywal, czyli Korczak.
AM: Zostało w rodzinie, bo on też jest z krakowskiej Korony.
MK: Pojawiał się też Wojtek Kurtyka. Była to druga połowa lat 80., złote lata polskiego alpinizmu, nie tylko himalajskiego, ale też górskiego i sportowego. Byłem tam młodym adeptem wspinaczki. Wszyscy siedzieli na trawersie, nazywało się to Sadystówka. Nie było wtedy żadnych sztucznych ścian. Bardzo lubiłem przychodzić tam nie tylko dla sportu, ale też dla dyskusji, takich naprawdę intelektualnych, ciekawych rozmów. I był tam także Andrzej z pierwszą żoną, wybitną wspinaczką Iwoną Gronkiewicz-Marcisz. Byli to mistrzowie skały, tzw. nowa fala wspinania. Kosili najtrudniejsze drogi, mieli międzynarodowe sukcesy, ale mnie dopuścili. Jestem od Andrzeja młodszy o niecałe 10 lat.
AM: Tak, jesteśmy urodzeni tego samego dnia, tylko dzieli nas 9 lat różnicy.
MK: Na początku nie mieliśmy jakoś specjalnie długich dyskusji, bo niby o czym? Dyskusje bardziej polegały na tym, że zapytałem o jakieś przejście, a on mi odpowiedział. Mijały lata i się zbliżyliśmy, aż dotarło do mnie, że nie będę już wybitnym pierwszoligowym wspinaczem. Marzyłem, by być takim Marciszem i to mi się nie udało. Wybrałem więc karierę filmową. Zawsze marzyłem jednak, żeby zrobić film górski.
AM: Do „Deklaracji Nieszczęśliwej”.
MK: Zrobiłem film o Piotrze Korczaku, pojawił się tam też Andrzej jako jego rywal. Ale Piotrek ma bardzo trudny charakter i trudno jest się z nim przyjaźnić.
Zdjęcie dzięki uprzejmości gościa/fot. Wojtek Styrczula - Maśniak 6.08.2026
Marcin Koszałka też chyba nie ma łatwego charakteru?
MK: Myślę, że Piotrek ma trudniejszy.
AM: Myślę, że tutaj żaden z nas nie ma takiego idealnego charakteru.
MK: Zbliżyłem się do Andrzeja. Potem długo współpracowaliśmy przy różnych filmach i serialach. To był początek. Wato też wspomnieć, że Andrzej jest specjalistą od robienia filmów górskich. Ostatnio skończył film o Wandzie Rutkowskiej. Zabezpiecza plany i jest odpowiedzialny za logistykę. Robił ze mną „Biała odwagę”. Wzięliśmy go też do serialu śp. Marcina Wrony „Ratownicy”, gdzie Andrzej również pomagał i był statystą górskim. Zbliżył nas ten serial. W 2015 roku powiedział mi, że chciałby zrobić filar solo. Poczułem, że to jest temat.
AM: Zresztą jak się spotkaliśmy, już po przejściu filara, to wielu ludzi mnie pytało, czy Marcin miał pampersa, jak to oglądał i kręcił. W każdym razie ja wątpiłem, że Marcin to nakręci.
Ale dlaczego?
AM: Bo to ogromne obciążenie. Ryzyko, że coś się może stać. Nie zakładałem takiego ryzyka, ale na trzeźwo myśląc, to jednak jest to duże ryzyko.
Ma się wtedy unikalne zdjęcia...
AM: Nie wiem, czy o takie mu chodziło. Wiem, że Marcin jest trochę opanowany obsesją śmierci. Zresztą powiedziałem mu, że rekin czuł już smak krwi w Czarnym Stawie i musiał tam po prostu być, żeby to zobaczyć, ale obyło się.
Czy w momencie, kiedy robi się takie przejście i jest to pionierski wyczyn, wyjątkowo trudny,a jednocześnie wie się, że powstaje film, to nie stanowi to dodatkowego obciążenia dla wspinacza?
AM: Zdecydowanie stanowi. To jest na pewno obciążenie.Ale jako były zawodnik, jestem przyzwyczajony do takiego odarcia z prywatności wspinania. Każde zawody są oceniane przez sędziego. Są reguły i ktoś na to patrzy. Kiedy w 1992 roku byłem na zawodach podczas olimpiady w Albertville, sport wspinaczkowy się wtedy rodził, to na hali było 2 tysiące osób. Jest to ogromna publika i trzeba sobie z tym dawać radę.
(Do MK) Czy w trakcie przejścia denerwował się pan jeszcze bardziej, biorąc pod uwagę, że odbywa sięto bez asekuracji i do filmu? Czyli że jeżeli coś się stanie, to być może będzie pan obwiniany?
MK: Dużo o tym myślałem, ale o tym też jest nasz film. Mówi o pewnej odpowiedzialności dokumentalisty, o jakiejś cenie, którą się płaci. Podobnie jak Krzysztof Kieślowski, który wycofał się z dokumentu, ponieważ nie miał już siły, jak to się mówi, „rozpruwać” swoich bohaterów, dokopywać się do ich bebechów, żeby wydobyć emocje.
Łatwiej robić to w fabule.
MK: To niestety są ogromne koszty. W naszym filmie zresztą też są duże koszty takiego rozpruwania. Dlatego Andrzej nazywa mnie rekinem, ale ja trochę też nie mam wyjścia, po prostu muszę pewne rzeczy zrobić, by powstał emocjonalny film. Natomiast zachowuję zawsze granice. Wydaje mi się, że dbam o mojego bohatera. To nie jest tak, że ja go kompromituję i zabijam, że go miażdżę. Kieślowski filmem „Z punktu widzenia nocnego portiera", po którym jego bohater został wyśmiany przez społeczeństwo i znajomych, rzeczywiście go skrzywdził. Po tym filmie wycofał się już z dokumentu i przeszedł tylko na fabułę.Natomiast ja mam pewne predyspozycje, profesjonalne, zawodowe, że kiedy jest już plan i coś filmuję, to jestem trochę niezniszczalny. Włączam tryb zadaniowy, żeby były emocje, ale też byłem absolutnie pewny, że Andrzej to przejdzie. Jak już pokonał główne trudności, to się rozluźniłem i byłem pewny, że skończy tę drogę. Gdy film będzie gotowy, to na festiwalach na pewno będą padały pytania o odpowiedzialność moralną reżysera. Bo co, gdyby bohater zginął? W dużym stopniu mógłbym być skończony. Zresztą moja żona była cały czas przeciwko powstaniu tego filmu. Gdy kręciliśmy scenę, która ma miejsce jeszcze przed wspinaczką, Natalia mówi, że nie chce mieć z tym nic wspólnego i uważa, iż nie powinienem tego filmować, bo to nakręca Andrzeja. Jeżeli coś się stanie, to stanę się poniekąd jego „zabójcą”.
Kimś, kto go do tego popchnął.
MK: Tak. Nie będę zdradzał za wiele z filmu. W każdym razie obie nasze małżonki generalnie były przeciwne.
Zdjęcia dzięki uprzejmości gościa
crop_free
1
/ 4
Maciej Berbeka miał niezałatwione sprawy z Broad Peak i zginął na tym szczycie. Nie bał się pan, panie Andrzeju, że Kazalnica to dla pana jest taki Broad Peak Berbeki? Że może trzeba jednak odpuścić?
AM: W ogóle o tym nie myślałem. Mam podejście matematyczne i wiem, że statystyka przemawiała za mną, ponieważ pokazuje, iż ludzi, którzy są zdecydowani na takie przejście, nie ma wielu. Zresztą zastanawiałem się też ostatnio, czy w ogóle miał miejsce jakiś wypadek, o którym wiedziałbym, że skończył się śmiertelnie. Że ktoś podjął ryzyko przejścia solowego i odpadł od ściany. Znam kilka takich wypadków, gdzie ludzie faktycznie spadli i się zabili. Jeden z nich to wypadek Leporowskiego, ale to zdarzenie sprzed 80 lat. Drugi to zdarzenie z Zamarłej Turni z Drogi Motyki. Wspinacz na koniec dnia, już zmęczony, poszedł trochę zdekoncentrowany i odpadł dość wysoko. Ja też wcześniej ryzykowałem. Przeszedłem kilometry na różnych szczytach. Byłem w sumie na wszystkich nazwanych szczytach w Tatrach. Jest ich tam tysiąc dwieście i na wiele z tych szczytów wchodziłem bez zabezpieczenia, bo one były łatwe.
Taka wędrówka ma etapy?
AM: Nie wiem, czy ma etapy. Na pewno cały czas od 1992 roku, kiedy z Wojtkiem Kurtyką zrobiliśmy drogę na Wielkim Okapie przez środek największego wywieszenia, wiedzieliśmy, że jest taka formacja i prawdopodobnie da się zrobić tę drogę. Zrobiliśmy ją i byłem zawiedziony, że ona ma tylko osiem plus (stopień trudności). Liczyłem na to, że to będzie trudniejsza droga w Tatrach, ale nie była. Już nie było takiej formacji, która by mogła być tak spektakularnie trudna. Pomyślałem wtedy, że, że na tej ścianie uzbierałem już właściwie wszystko i żeby coś jeszcze było fajnego, taka wisienka na torcie, to żeby przejść ją bez asekuracji.
Mały Okap ma wycenę siedem plus?
AM: Tak.
A skala jest jaka?
AM: To jest skala UIAA. Najtrudniejsze drogi mają tam jedenaście czy jedenaście plus. We wspinaniu solowym to nie jest jednak najistotniejsze. Najistotniejsze są trudności obiektywne, które trzeba pokonać, np. kiedy jest sam trawers, który jest czwórkowo-piątkowy i trzeba go wykonać tylko na nogach, ponieważ właściwie nie ma się czego przytrzymać. Ręce służą tylko i wyłącznie do balansu. I jeszcze jak jest tam mokro, to jest zabójczo trudno. Stopień ryzyka staje się dużo większy. Po prostu jest tam wiele takiego wspinania w granicach sześć plus, gdzie jest bardzo wietrznie i ryzykownie, a nie ma się gdzie cofnąć. Jakbym stwierdził, że coś jest źle, to w drugą stronę byłoby bardzo trudno się wycofać.
Co się dzieje w głowie w czasie takiego przejścia? Czy w ogóle jest miejsce na jakieś myśli?
AM: Myślę, że nie. Człowiek jest zaprogramowany. Jak wchodziłem w ścianę, to właściwie z marszu wszedłem. Stanąłem tylko na chwilę i pomyślałem: „Boże, wskaż mi tylko same dobre chwyty i stopnie, a ja wyjdę na szczyt".
Rzeczywiście te stopnie się podświetlają?
AM: Spędza się wiele nocy, wiele dni, wiele godzin z zamkniętymi oczami i człowiek sobie to wszystko planuje. Jest to naprawdę duża ściana i trzeba nauczyć się kilku tysięcy ruchów. Nie jest to takie proste.
A w pana snach też się wyświetlają te drogi?
AM: Zdecydowanie. To jest właśnie najgorsze, że przez wiele lat nie mogłem spać i zastanawiałem się, jak to będzie, czy jestem ciągle na tyle sprawny, jak za młodu.
Mówiliśmy o tym wcześniej, że film „Filar” miał powstać wcześniej, ale się nie udało. Dlaczego?
AM: W 2015 roku nie udało się dlatego, że poszedłem solo na Grań Tatr Wysokich. Dostałem zator płucny i o mało nie zginąłem. Zator to jest taki cichy morderca. Nie wiadomo dlaczego i co się dzieje z człowiekiem. Przez miesiąc leczono mnie na alergię, bo kaszlałem. A ten kaszel to był właśnie brak tlenu. Jak się już okazało, że chodzi o zator płucny, to miałem 70% zatkanych płuc, a „chodziłem” tylko na 30%. Lekarz, który jest naszym znajomym i sam się wspina, powiedział mi, że żyję dlatego, iż jestem wytrenowany i byłem w stanie funkcjonować na tych 30%.
Czy Marcinowi Koszałce też się śnią przejścia?
MK: Miałem rzeczywiście takie trudne dwie noce przed przejściem. Na początku myślałem, że on żartuje, bo zaczął mi mówić parę dni wcześniej, że idzie na filar za parę dni. Ale nie traktowałem tego serio. Andrzej powiedział mi, że mam półtora dnia, żeby zorganizować ekipę. Na szczęście ci najważniejsi ludzie byli ze mną. Najważniejszym moim współpracownikiem jest mój były student Marcin Polar, który jest specjalistą od zdjęć górskich, też lotniczych i podwodnych.
Jak to kręciliście? Na ile kamer? Dron też był?
MK: Nie chcemy zdradzać za wiele. Chciałbym, żeby widz był trochę zaskoczony tym wszystkim. Natomiast na pewno trzeba dysponować bardzo profesjonalną ekipą specjalistów i takich ludzi jest niewielu w Polsce. Można ich policzyć na palcach jednej ręki. A wracając do snów... Organizowałem ekipę z kierownikiem produkcji. Pojechałem do TOPR-u, żeby ich uprzedzić. Byli zadowoleni, że im to powiedziałem, ponieważ mogli w razie czego się przygotować. Nie chodzi nawet o wypadek śmiertelny, ale mogły mieć miejsce różne sytuacje na tej ścianie, np. kiedy Andrzej musiałby się wycofać i potrzebna byłaby pomoc TOPR-u.
AM: Byliśmy też wcześniej, żeby porozmawiać z ratownikami o tym, gdzie, skąd i jak dałoby się mnie podjąć ze ściany. Jestem im wdzięczny za to, że tak super do tego podeszli.
Panie Andrzeju, czy jest pan usatysfakcjonowany na tyle, że nie ma pan już potrzeby podjąć się kolejnego wyzwania? Czy wręcz odwrotnie, po czymś takim apetyt jeszcze bardziej wzrasta?
AM: W moim przypadku to było całkowite zaspokojenie potrzeb. Żona powiedziała mi, że wie, iż przychodzi 50. rocznica wspinania i żebym przypadkiem nic nie wymyślił. A ja się śmiałem i powiedziałem: "Dobrze, to sprzedam cały sprzęt i zostawię sobie tylko buty i worek na magnezję”.
Na kiedy jest planowana premiera? Festiwal górski w grudniu.
MK: Robimy film, który jest pretekstem do opowiedzenia pewnej historii ludzkiej. Zresztą to jest film też o męskiej przyjaźni. Opowiadamy trochę o kryzysie wieku średniego, czyli o facetach po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce. Mowa jest też o odpowiedzialności, o kosztach, pasji. Nie robimy tego dla poklasku, tylko dla samych siebie. To jest film o ściganiu się, by to nakręcić i przeżyć tę niesamowitą adrenalinę. Gdyby Andrzej zginął, to prawdopodobnie byłaby to moja zawodowa śmierć. W całym środowisku dokumentalistów wylałoby się na mnie błoto, że zabiłem kamerą swojego bohatera. Marcel Łoziński już nie żyje, ale on by był pewnie promotorem tego ataku i pewnie miałby rację.
AM: Ten film też jest taką mistrzowską rozgrywką pomiędzy bohaterem a reżyserem. Do jakiego stopnia posuniemy się? Jak daleko pójdziemy?
MK: W zasadzie już miałem dokumentów nie robić. Już się przesiadłem do fabuły, żeby nie mieć tych wszystkich problemów z najbliższymi czy z bohaterami. I właśnie robiąc ten film i będąc takim rekinem, mam trochę scen z jego żoną, która rzeczywiście ma bardzo dużo do mnie pretensji o różne rzeczy, a ja po prostu muszę to robić, to musi boleć i muszę się przebijać przez pewną nieprzyjemną przestrzeń. Muszę namówić ją do pewnych zwierzeń, które są niekomfortowe, wiem o tym, że to jest cena dobrego filmu. Ciągle jest to balans pomiędzy rozpruwaniem bohatera i wchodzeniem w jego prywatność.
Atakowano mnie wcześniej, ale wydaje mi się, że granica moralna u mnie jest taka, że na pewno nie doprowadzę, by bohater został skrzywdzony, wykluczony ze społeczeństwa albo z rodziny i ośmieszony. Po prostu to jest bardzo, bardzo trudna praca. Dlatego, podobnie jak Kieślowski, nie wiem, czy to nie będzie mój ostatni dokument. Łatwo jest zrobić film, jeżeli się nie przekroczy granicy manipulowania czy nawet rozrywania rany. Ale wtedy powstaje niedobry film, płaski, bez emocji. W fabule tego w ogóle nie ma. Ten film mnie i nas dużo kosztował, dużo emocji i jeszcze dużo nas będzie kosztować.
Ostatnie dwa pytania. Pierwsze: Czy jak już Andrzej był na ścianie, już jak się wspinał, czy był taki moment: „Po co to robimy? Jeszcze się stanie najgorsze?”. Taki moment zawahania, kiedy Andrzej już szedł i był w tym swoim tunelu?
MK: Miałem wahanie w hotelu, kiedy byłem sam. Nawet nikomu nie chciałem o tym mówić. Miałem jakieś koszmarne sny. Na dodatek TOPR mi pokazał dzień wcześniej zdjęcie ciała pewnego Ukraińca z polskim obywatelstwem, który się zabił. Ocalała tylko jego dziewczyna. On po prostu wyrwał wszystkie punkty przy wspinaczce, a jej jeden uratował życie. Myślę, że może ten TOPR-owiec, bo spędziłem z nimi prawie pięć, sześć godzin dzień wcześniej, chciał mi dać do myślenia. Tam była naprawdę gorąca atmosfera. Andrzej idzie już na ten filar, a ja nie wiem, czy on mi pokazał zdjęcie tego faceta specjalnie, żebym może zatrzymał to szaleństwo. Zdjęcie zrobili, kiedy śmigłowiec dolatywał do ciała, dość bliski plan. Nie było widać krwi, tylko ciało wygięte we wszystkich możliwych kierunkach. I to mi się potem śniło w nocy, że to jest Andrzej.
Kiedy premiera?
MK: Rozmawialiśmy z Krakowskim Festiwalem Filmowym, czyli Filmów Dokumentalnych, bo jednak to jest film dokumentalny, a ja jestem związany z Krakowem. Anita Piotrowska jest teraz świetną nową dyrektorką po Krzyśku Gieracie. I jeżeli oczywiście film będzie spełniał klasę artystyczną, to mamy zaproszenie, by na KFF odbyła się premiera światowa. Kiedy robię jakiś film, to chcę, by premiera światowa odbyła się na krakowskim festiwalu.
Radio Kraków informuje,
iż od dnia 25 maja 2018 roku wprowadza aktualizację polityki prywatności i zabezpieczeń w zakresie przetwarzania
danych osobowych. Niniejsza informacja ma na celu zapoznanie osoby korzystające z Portalu Radia Kraków oraz
słuchaczy Radia Kraków ze szczegółami stosowanych przez Radio Kraków technologii oraz z przepisami o ochronie
danych osobowych, obowiązujących od dnia 25 maja 2018 roku. Zapraszamy do zapoznania się z informacjami
zawartymi w Polityce Prywatności.