Fot. duet HaWa (Habryn i Wawrzoła)
Małgorzata Zawadzka/fot. Sylwia Paszkowska
Nie tylko opowieść o uzależnieniu
"Nonfiction" w reżyserii Gosi Wdowik to spektakl na podstawie powieści brytyjskiej pisarki Julie Myerson. Jego istotnym tematem, oprócz kwestii uzależnienia dziecka, jest pytanie o prawo artysty do wykorzystywania doświadczeń własnych i najbliższych w sztuce. Co dzieje się, kiedy osobista trauma staje się materiałem literackim czy artystycznym? Gdzie przebiega granica między próbą przepracowania cierpienia a naruszeniem cudzej prywatności? Małgorzata Zawadzka wciela się w matkę, która próbuje nadać sens doświadczeniu rozpadu rodzinnej relacji. To rola wymagająca ogromnej koncentracji. Sama aktorka nie nazywa jednak stanu, w którym znajduje się na scenie, transem.
Nie zakładam takiego stanu z góry. Pomyślałam, że może po prostu jest to jakiś rodzaj koncentracji potrzebnej mi bardzo do przeprowadzenia tych czasami dosyć trudnych emocjonalnie tematów – mówi.
W "Nonfiction" relacja matki z dzieckiem jest tylko jednym z poziomów opowieści. Bohaterka jest również artystką, pisarką, która próbuje przetworzyć własne doświadczenie w literaturę. Historia Julie Myerson ma realne źródło. Dziesięć lat przed napisaniem "Nonfiction" autorka opisała w książce "The Lost Child" uzależnienie swojego syna od narkotyków. Wywołało to kontrowersje i falę krytyki. Zarzucano autorce, że wykorzystała dramat własnego dziecka, by stworzyć literaturę i budować swoją karierę. Późniejsza książka, "Nonfiction", była już skonstruowana inaczej. Myerson opisała w niej historię uzależnionej córki, choć w rzeczywistości nie miała ona takiego problemu. Zabieg pozwolił pisarce oddzielić fikcję od autobiografii, a jednocześnie ponownie zmierzyć się z doświadczeniem matki.
Nie oceniam pisarki. Bardzo się identyfikuję z nią jako z matką i myślę, że jako matka była uprawniona w pewnym sensie do tego, żeby pomóc sobie po prostu w tej głębokiej traumie – dodaje.
Czy aktor musi korzystać z własnych doświadczeń?
Wiedziałam, że tym razem odwoływanie się do jakichś prywatnych sytuacji czy uczuć będzie bardzo niebezpieczne. Bałam się, że też gdzieś mnie zabierze w jakąś stronę, w którą wcale nie chcemy iść – mówi.
Z czasem, wraz z doświadczeniem zawodowym, aktorka coraz mocniej przekonuje się, że prywatne życie nie musi być podstawowym źródłem scenicznych emocji. – "Wydaje mi się, że na pewnym etapie zawodowym, kiedy człowiek ma już jakiś tam warsztat i jakieś doświadczenie, to tak naprawdę nie jest to konieczne, że można czerpać z jakichś innych zasobów" – podkreśla.
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów przedstawienia są rzeźby Anety Grzeszykowskiej przypominające lalki. Nie są one jednak animowane. Nie jest to spektakl lalkowy – pozostają obiektami, częścią scenicznej instalacji. Ich znaczenie może być różnie odczytywane. Dla jednych widzów mogą symbolizować brak więzi między matką a dzieckiem, dla innych nieobecność czy nawet śmierć dziecka. Twórcy długo szukali sposobu, w jaki jej bohaterka powinna odnosić się do tych obiektów. Ostatecznie ważne stało się właśnie to, że lalki nie odpowiadają.
Doszliśmy na pewnym etapie prób do wniosku, że nie możemy udawać, że te lalki w jakiś sposób nam odpowiadają – mówi.
Ich bezruch stał się więc częścią znaczenia spektaklu. Matka może mówić, dotykać, próbować nawiązać kontakt, ale nie otrzymuje odpowiedzi. "Nonfiction" stawia również pytanie o odpowiedzialność rodzica za decyzje dorastającego dziecka. Bohaterka nieustannie analizuje własne zachowanie. Czy powinna była postawić mocniejsze granice? Czy powinna pozwolić dziecku na więcej swobody? Czy mogła wcześniej zauważyć problem?
Myślę, że to daje jej poczucie sprawczości. "Gdybym inaczej zareagowała, gdybym postawiła mocniej granice albo gdybym pozwoliła na więcej luzu, gdybym się bardziej otworzyła, to wtedy nie doszłoby do tego wszystkiego" – zaznacza.