Od współtworzenia muzyki do aktorskiej roli
Rzeczywiście jestem Warszawianką z urodzenia. Krakowianką jeszcze bym się nie nazwała, ale ostatnio często tu stacjonuję – mówi Maja Kleszcz.
Artystkę od lat łączy współpraca z reżyserką Agatą Dudą-Gracz, a ich wspólna droga rozpoczęła się w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Pierwszy spektakl, do którego współtworzyła muzykę z Wojciechem Krzakiem, powstało ok. 2014 roku i był to "Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie Trojańskiej". Kolejnym etapem tej współpracy jest spektakl "Kraków narodowej sztuce, czyli tryumf miernoty" w reżyserii Agaty Dudy-Gracz. Premiera została zapowiedziana na 23 października. Maja Kleszcz odpowiada za muzykę, którą tradycyjnie współtworzy z Wojciechem Krzakiem. Tym razem zapowiada rozbudowaną, orkiestrową oprawę. Nie będzie to jednak wyłącznie muzyczna obecność na scenie. Artystka wciela się w Salomeę Kruszelnicką.
Jestem Salomeą Kruszelnicką, gwiazdą Opery Lwowskiej o bardzo podłym charakterze – dodaje.
Dotychczas w teatrze określała siebie raczej jako performerkę wokalną. Teraz coraz śmielej rozwija warsztat aktorski, a powierzoną jej postać traktuje jako okazję do zmierzenia się z emocjami i zachowaniami dalekimi od własnego temperamentu. Salomea jest impulsywna, okrutna, ironiczna i drwiąca. Kreowanie postaci o tak nieprzyjemnych cechach wymagało od niej kontaktu z tą częścią własnej osobowości, której na co dzień nie eksponuje. Nie próbuje jednak na siłę usprawiedliwiać swojej bohaterki. Traktuje ją jako aktorskie wyzwanie i szansę na wejście w zupełnie inny żywioł. Właśnie ta odmienność okazuje się dla niej interesująca, ponieważ zagranie kogoś skrajnie różnego od siebie pozwala odkrywać nowe możliwości scenicznego wyrazu.
"Nieklikalność", czyli osobisty portret w piosenkach
Teatr zajmuje ważne miejsce w życiu Mai Kleszcz, ale nadal głównie pozostaje wokalistką. Nowa płyta "Nieklikalność" została nagrana inaczej niż dotychczas – większość pracy odbyła się w domu. Wojciech Krzak, autor tekstów i muzyki, odpowiadał za ponad 90% produkcji albumu. Jego teksty, choć napisane przez mężczyznę, mocno oddają perspektywę i emocje wokalistki. Ich bliska relacja pozwala mu dobrze rozumieć jej sposób myślenia i wątpliwości.
Chcieliśmy rzeczywiście stworzyć płytę szczerą, to znaczy sportretować takie różne moje cechy, które wydają się wadami – mówi.
Jedną z nich jest właśnie tytułowa "Nieklikalność". Artystka nie odnajduje się w świecie mediów społecznościowych i nie potrafi w pełni pogodzić się z zasadami wirtualnego kontaktu. Nie oznacza to, że chce odciąć się od publiczności. Bezpośrednie spotkanie ze słuchaczami jest naturalną częścią pracy, ale komunikacja w internecie wydaje jej się bardziej brutalna. W jej zawodzie brak swobody w mediach społecznościowych bywa postrzegany jako wada. Maja Kleszcz nie ukrywa, że trudno jej zaakceptować ten sposób budowania relacji z odbiorcami. "Nieklikalność" staje się nie tylko tytułem płyty, ale również potrzebą bliskości i niechęcią do nadmiernego odsłaniania się w przestrzeni wirtualnej.
Twórczość Osieckiej
Ważnym rozdziałem twórczości Mai Kleszcz jest również interpretowanie piosenek Agnieszki Osieckiej. Wokalistka przyznaje, że początkowo nie był to dla niej intuicyjny wybór. Musiała znaleźć klucz, który pozwoliłby jej podejść do twórczości poetki i autorki tekstów na własnych zasadach. Wcześniej śpiewała między innymi teksty Bogdana Loebla, które określa jako bardziej surowe i oszczędne w formie. Osiecka otworzyła przed nią inną przestrzeń, bo pozwoliła nawiązać bliższy kontakt z publicznością i pokazała, jak wielką siłę może mieć bezpośrednia, osobista opowieść.
Osiecka otwiera serca bardziej i pozwala zbliżyć się do publiczności – mówi.
Osiecka studiowała reżyserię w Łodzi, wokalistka dotarła do krótkich etiud filmowych, które pomogły jej wyobrazić sobie świat stojący za tekstami. Szczególnie zaciekawiła ją atmosfera jednego z tych filmów, rozgrywającego się w kawiarni. To skłoniło ją do stworzenia koncepcji płyty przypominającej ścieżkę dźwiękową do filmu, w którym Osiecka mogłaby zagrać samą siebie. Tak narodził się pomysł na aranżacje utrzymane w stylistyce zadymionej klubokawiarni, z jazzowymi odniesieniami i klimatem lat 50.
Czy mamy punkty wspólne? Myślę, że autoironię na pewno, to taka trochę drwiąca postawa wobec samej siebie, ale biograficznie niewiele mamy wspólnego – mówi Maja Kleszcz.