Mieliśmy do czynienia z klasycznym festiwalem cyfrowego koszmaru. Kiedy w zeszłym tygodniu doszło do ataku nożownika pod Ostrołęką, do tragedii w Leszczydole-Nowinach, a policja udaremniła kolejny zamach w Sierpcu, to był autentyczny ból i potężny szok. W tym momencie na scenę wkracza internet, który w panice zachowuje się jak stado wystraszonych kurczaków w kurniku.
Nagle ktoś rzucił hasło - krwawy piątek. Ktoś inny dopisał, że to rzekomo nowy internetowy challenge i zaraz w całym kraju poleje się krew. Efekt? Licznik oszalał. Prawie 250 milionów kontaktów z odbiorcami. Według Google Trends apogeum wyszukiwań nastąpiło dokładnie tydzień temu, w czwartek o 22.48 ,a potem w piątek tuż po 7 rano. Dokładnie wtedy, gdy rodzice wyprawiali dzieci do szkół z duszą na ramieniu.
Spójrzmy na liczby z monitoringu Polskiej Agencji Prasowej, bo to jest absolutny hit. Ukazało się blisko 650 materiałów z tą frazą, z czego aż 89% w sam piątek, w dzień, w którym nie wydarzyło się zupełnie nic. Portale rzuciły prawie pół tysiąca artykułów, telewizje dorzuciły 80 wydań, radio 40. Machina nakarmiła się własnym echem.
Przepis na ten medialny gulasz był banalnie prosty. Weź autentyczną tragedię, dodaj chwytliwą, mroczną nazwę rodem z taniego horroru, przypraw hashtagiem challenge i patrz jak rosną kliki.
Co ciekawe, na te setki publikacji, zaledwie kilkanaście pokusiło się o prosty komunikat - "ludzie spokojnie, ta fraza to bzdura nakręcona w sieci". Reszta wolała pompować balon grozy.
Jaki z tego morał na przyszłość? Kiedy widzimy w sieci hasła brzmiące jak tytuł filmu klasy B - krwawy piątek, czarna środa czy tajemnicze wyzwanie z Tik Toka, weźmy dwa głębokie oddechy. Jeśli policja wprowadza patrole pod szkołami, to po to, by dmuchać na zimne, a nie dlatego, że nastolatki mają ogólnokrajowy terminarz zbrodni.
Sprawdzajmy oficjalne komunikaty służb, a nie anonimowe filmiki z żółtymi napisami, bo strach ma wielkie oczy, ale algorytmy mają jeszcze większy apetyt na naszą panikę.