To jest taki klasyk, który straszy skuteczniej niż opowieści o Smoku Wawelskim. Czas na mały aktualizacyjny update w naszych głowach. To była prawda jakieś 15 lat temu. Dzisiaj z tym publicznym wi-fi jest trochę jak z naszym krakowskim wychodzeniem na pole. Niektórzy myślą, że tam czyha samo zło, a to po prostu codzienność, która stała się bezpieczna.
Skoro to sieć dla wszystkich, dlaczego zatem ten mityczny haker w kapturze nie może po prostu podpiąć się pod nasz przelew? Chronią nas dwaj tacy cisi bohaterowie - HTTPS i TLS. Dzięki nim nasze dane podróżują teraz w czymś w rodzaju takiego pancernego sejfu. Nawet jeśli ktoś faktycznie próbowałby nas podsłuchać w kawiarni, jedynie co zobaczy, to taki bezużyteczny ciąg znaków. Cyfrowy bełkot po prostu. Szyfrowanie działa tak samo na dworcu, jak i w naszym domu. To już jest standard, a nie luksus.
A co ze słynną zieloną kłódką w pasku adresu? Sporo mówiliśmy, żeby szukać takiej kłódki. Zamiast kłódki widać czasem jakieś dziwne suwaki albo tarcze. To nie jest awaria, to jest ewolucja. Przeglądarki takie jak Chrome czy Firefox uznały, że skoro bezpieczne połączenie teraz to norma, to nie trzeba nas już o tym informować jaskrawym kolorem. Zielona kłódka zniknęła, bo szyfrowanie jest jak tlen. Po prostu ma być.
Hakerzy wiedzą, że nie złamią sejfu, więc zamiast tego podsuwają nam identycznie wyglądającą stronę, ale pod adresem np. logowaniekrakówbank.pl. Możemy mieć najbezpieczniejsze połączenie świata, ale jeśli wyślemy hasło do oszusta, to on je po prostu odbierze. Stąd złota zasada. Nie bójmy się wi-fi u Mariana, ale miejmy obsesję na punkcie adresu strony.
Patrzmy na litery, nie na ikonki. To tam czai się prawdziwy fejk.