Z tej rozmowy dowiesz się:
- Czy stałe bazy USA naprawdę zwiększą bezpieczeństwo Polski?
- Stała baza czy obecność rotacyjna - co lepsze?
- Jak wiarygodnym sojusznikiem są dziś Stany Zjednoczone?
- Na czym Polska powinna opierać swoje bezpieczeństwo?
Rozmawiać będziemy o stałych bazach żołnierzy USA w Polsce, których na razie nie ma. Nie ma też decyzji, by w przyszłości takie bazy powstały. Rząd już teraz jednak rozpoczyna przygotowania do ich utworzenia. Zacznę może tak, panie profesorze: czy stałe bazy amerykańskie w Polsce są nam potrzebne? A po drugie, czym takie bazy różnią się od rotacyjnej obecności, czyli od tego, co mamy teraz?
To po kolei. Czy są potrzebne? Tak. Przede wszystkim politycznie. Gdyby stałe bazy były rozlokowane na terytorium Rzeczypospolitej, wskazywałoby to na bardzo dobre relacje Polski z kluczowym sojusznikiem. Przypomnę, że Stany Zjednoczone to najsilniejsze i najpotężniejsze państwo członkowskie NATO.
Jeśli chodzi o różnicę między obecnością stałą a rotacyjną, to stała obecność oznacza obecność żołnierzy amerykańskich wraz z pełną infrastrukturą. Państwo gospodarz, czyli Polska, musi zapewnić odpowiednie warunki nie tylko dla samych żołnierzy, ale również dla ich rodzin. Nie ma tu rotacyjności, więc ewentualne wycofanie żołnierzy jest znacznie trudniejsze.
Może jeszcze do tego wrócimy, jeśli pan redaktor pozwoli. Chcę jednak podkreślić aspekt polityczny: takie bazy są potrzebne i dobrze wyglądają. Stanowią praktyczne potwierdzenie wysokiego poziomu współpracy danego państwa ze Stanami Zjednoczonymi.
Politycznie do tej kategorii należałoby chyba zaliczyć także rodziny żołnierzy. Bo przecież żołnierze przyjeżdżaliby tu z żonami, mężami i dziećmi. Czy nie jest tak, że te rodziny stają się pewnego rodzaju zakładnikami? Że gdyby rozpoczął się konflikt i coś by im się stało, Stany Zjednoczone musiałyby się włączyć do wojny, bo opinia publiczna by tego wymagała?
Ja jednak wskazałbym przykłady z innych państw sojuszniczych. Przypomnę, że obecnie ponad 80 tysięcy żołnierzy amerykańskich stacjonuje w Europie. Są rozmieszczeni w różnych krajach, w tym ponad 20 tysięcy na wschodniej flance NATO.
Nie idźmy jednak w tym kierunku. Armia amerykańska jest armią profesjonalną. Dysponuje jednym z najlepszych wywiadów na świecie. Gdyby pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie dla rodzin żołnierzy, zostałyby one ewakuowane natychmiast.
Mamy XXI wiek i takie zagrożenia nie pojawiają się z dnia na dzień. Przykładem jest Ukraina. Już jesienią 2021 roku wywiad amerykański informował państwa europejskie i Ukrainę o wysokim ryzyku rosyjskiej inwazji. Ostrzeżenia te nie zostały potraktowane z należytą powagą.
Nie twierdzę więc, że obecność rodzin zwiększa bezpieczeństwo Polski. Nie. W przypadku ewentualnej konfrontacji z globalnym graczem strategicznym, jakim jest Federacja Rosyjska, decydują przede wszystkim twarde zdolności militarne NATO i państw wschodniej flanki.
Widzimy, że zarówno poprzednia, jak i obecna ekipa rządząca próbuje nam wmówić, że ktoś nas broni. Nie. Sojusznicy mogą nas wesprzeć i zwiększyć nasze zdolności, ale kluczowe znaczenie mają nasze własne możliwości.
Obecna obecność amerykańska w Polsce to około 10 tysięcy żołnierzy. Nawet gdyby została zwiększona – a nie mamy przecież takiej pewności – nadal byłby to niski szczebel taktyczny. Dziesięć tysięcy żołnierzy to politycznie bardzo ważny element, ale militarnie nie wpływa znacząco na zdolności obronne ani Polski, ani całej wschodniej flanki. Liczba ta ma znaczenie przede wszystkim polityczne.
Czy pana zdaniem realne jest, że Amerykanie zdecydują się na stworzenie w Polsce stałych baz? Sam pan wspomniał o wstrzymaniu rotacji w Polsce i planach częściowego wycofania wojsk z Europy, przede wszystkim z Niemiec. Czy realne jest powstanie takich baz i czy byłoby to dla nas korzystne, jeśli mieliby to być żołnierze przerzuceni z innych państw sojuszniczych?
Wchodzimy teraz w sferę strategicznego wróżenia z fusów. Był czas, kiedy deklaracje przedstawicieli Stanów Zjednoczonych można było traktować bardzo poważnie. Dziś mamy świadomość, że od 20 stycznia 2025 roku, czyli od rozpoczęcia drugiej kadencji Donalda Trumpa, wiarygodność amerykańskich deklaracji stała się co najmniej dyskusyjna.
Dlatego odpowiem tak: poziom prawdopodobieństwa wcale nie musi być wysoki. Od czego to zależy? Po pierwsze od interesów politycznych Donalda Trumpa i jego administracji. Po drugie – od reakcji Federacji Rosyjskiej. Widzimy bowiem, że obecna polityka amerykańska wobec Europy Środkowej jest w dużym stopniu uzależniona od stanowiska Moskwy. Wystarczy spojrzeć na wypowiedzi specjalnego wysłannika Białego Domu Steve’a Witkoffa.
Trzecia kwestia to nasze możliwości jako państwa gospodarza. Trzeba dokładnie policzyć koszty takiego przedsięwzięcia.
Nie wiem, na ile realne byłyby stałe bazy w Polsce, ale chcę podkreślić jedno: nie należy przeceniać ich znaczenia dla zwiększenia zdolności obronnych Polski i wschodniej flanki. Przy tak niewielkiej liczbie żołnierzy nie nastąpi żaden przełom.
Mówił pan, parafrazując, że Stanami kieruje dziś polityk niestabilny i często zmieniający zdanie. Czy w takim razie warto tak mocno stawiać, jak Polska stawia, na sojusz wojskowy ze Stanami Zjednoczonymi? Czy nie powinniśmy bardziej dywersyfikować swoich relacji?
Tu nie zgodzę się z panem redaktorem. Polska polityka zagraniczna nie opiera się wyłącznie na Stanach Zjednoczonych. To raczej część polskiej prawicy próbuje przekonywać, że sojusz z USA jest jedyną podstawą naszego bezpieczeństwa.
Powinniśmy dbać o jak najlepsze relacje ze Stanami, bo są kluczowym sojusznikiem w NATO. Ale dziś najważniejsze jest budowanie realnych zdolności obronnych wraz z wiarygodnymi partnerami. A poziom wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako lidera NATO znacząco się obniżył.
Dlatego naszymi kluczowymi partnerami są dziś państwa europejskiego NATO: Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Bardzo ważna jest też współpraca regionalna ze Szwecją, Finlandią i Ukrainą.
Budujmy jak najlepsze relacje ze Stanami Zjednoczonymi, ale nie kosztem strategicznych relacji z europejskimi sojusznikami. Dzisiejsza polska polityka bezpieczeństwa opiera się na kilku filarach.
Bardzo ważna jest również współpraca polityczno-gospodarcza w obszarze bezpieczeństwa z Unią Europejską. Pojawiają się nowe inicjatywy europejskie, jak format 27+3, czyli państwa UE plus Wielka Brytania, Turcja i Ukraina. To ogromny potencjał militarny, gospodarczy i społeczny.
Chcę jednak podkreślić rzecz najważniejszą: kluczowe jest budowanie własnych narodowych zdolności obronnych. Obecnie toniemy w statystykach finansowych i deklaracjach politycznych, które często mają charakter przedwyborczego PR-u. Faktury, umowy i deklaracje nie przekładają się automatycznie na realne zdolności obronne.
To problem nie tylko Polski, ale całej wschodniej flanki NATO, z wyjątkiem Finlandii. Ani w Polsce, ani w państwach położonych na południe od nas nie przywrócono obowiązkowej służby wojskowej.
Gościem Radia Kraków był pułkownik prof. Dariusz Kozerawski z Katedry Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Jagiellońskiego