Dlaczego nie głosowała pani wczoraj w sprawie przekazania z budżetu Krakowa 4 milionów złotych na organizację referendum? Miasto ma w tej sprawie związane ręce, przepisy są jasne, musimy za to zapłacić z budżetu miasta. Czy to miał być jakiś protest przeciwko referendum? Czy to była pomyłka? A może chodziło o to, żebyśmy mieli od czego zacząć dzisiaj?
- Skłamałabym, jakbym powiedziała, że nigdy się nie pomyliłam na głosowaniu. W rosnącym chaosie na sesji każdemu się zdarzyło. To nie jest jednak ten przypadek. Wiem, że te pieniądze musimy przekazać, ale jednym z głównych powodów referendum jest to, że administracja Krakowa nie radzi sobie z rosnącym zadłużeniem. Ono sięga 9 miliardów złotych. To nie jest pomijalne. Świeże badania wskazują, jaki to rodzaj zadłużenia. To prawie 90% dochodów miasta. W Warszawie podobne kwotowo zadłużenie to 30% dochodów miasta. Nikt z miasta nie potrafi odpowiedzieć, czemu zadłużenie rośnie. Skąd ono się bierze? Wszyscy mówią, że jest. Co się dzieje? Ostatnio spędziłam wiele godzin na kontrolach w spółkach miejskich, w urzędzie. Kontaktowałam się z ekspertami. Nie widzę odpowiedzi. Skądś te pieniądze musimy się znaleźć, ale czy akurat VAT to jest to miejsce, w którym musiały się znaleźć? Nie jestem przekonana. Niestety nie zostałam przekonana także wczoraj.
No tak, tylko że takie głosowanie to jest działanie pozorne zupełnie, bo przecież wiadomo było, że i tak to przejdzie i co najwyżej pani zwróci na siebie uwagę.
- W ten sposób każde działanie opozycji może być pozorne. Widzimy to w głosowaniach koalicji rządzącej w Krakowie. Radni głosują z klucza, nie zastanawiają się nad tym. Widzieliśmy to przy głosowaniach w połowie grudnia. Radni koalicji podnieśli ceny biletów, a kilka miesięcy później ci sami radni podnieśli ręce, żeby obniżyć to znowu.
Może chcą być dalej radnymi?
- Dostali inny przykaz od szefa partyjnego lub szefa klubu...
W związku oczywiście z referendum, o które chciałem zapytać...
- Musimy ustalić jedną rzecz. Albo mamy radnych, którzy zgodnie z ustawą, statutem miasta i kodeksem etyki, wykonują swój mandat dla dobra mieszkańców, albo mamy maszynki do głosowania. Wczorajsze głosowanie nie było kluczowe. Kluczowy jest transport publiczny, ochrona zdrowia. To świadczy, czy radni głosują dla wyborców.
Jeszcze do niedawna pisała pani, że pod referendum podpinają się siły, które wcale dobrze dla Krakowa nie chcą. Wymieniała pani między innymi Konfederację Brauna i tę drugą. Teraz pani tak samo chyba też się podpina pod referendum, bo deklaruje pani publicznie, że pani pójdzie.
- Powiedziałam, że pójdę na referendum. To demokratyczny instrument. Z racji pełnionego mandatu mam dostęp do wielu informacji, które jednoznacznie wskazują na to, że w Krakowie nie dzieje się dobrze. Pozostają aktualne moje uzasadnione obawy, że efektem zmiany po referendum nie będzie zmiana na lepsze. Mam na myśli siły, które chcą się dostać do Rady Miasta. Kto tę schedę po prezydencie Miszalskim przejmie? Co będzie w międzyczasie? Sama wizja referendum już teraz wpływa negatywnie na funkcjonowanie miasta. Nie zrzucam tego na karb referendum, ale władze miasta uważają, że ważniejszy jest PR, nie płynne funkcjonowanie. Widzimy to w odmowie przedstawiania dokumentów planistycznych. Będziemy opóźnieni z planem ogólnym. To nie jest odpowiedzialne.
Dwa cytaty wiąż w temacie referendum. „Mieszkańcy drugiego co wielkości miasta w Polsce po niecałych dwóch latach mają dosyć prezydenta z partii Tuska. Referendum w Krakowie będzie najważniejszym politycznym wydarzeniem tego roku. Należy w pełni wykorzystać szansę na pokazanie partii Tuska czerwonej kartki”. Wie pani kto?
- Nie wiem.
Beata Szydło. Druga wypowiedź, nie jest wczoraj, ale sprzed kilkunastu dni. Pani byłej koleżanki z partii Razem Darii Gosek-Popiołek, teraz z Lewicy. „Nie zawsze zachęcamy do udziału w referendum. Założenie, że wszystkie referenda są dobre lub złe, nie jest mądre”. Pani, jak rozumiem, bliżej do tej pierwszej wypowiedzi?
- W tym przypadku posłanka Gosek-Popiołek nie powiedziała nic, z czym bym nie mogła się zgodzić. Były niedawno referenda, przy których partie różnych poglądów zachęcały do bojkotu. Mnie samej zdarzyło się odmówić wzięcia karty referendalnej. To nie jest odosobniony przypadek. W dzisiejszej sytuacji w Krakowie pytanie nie polega na tym, czy referendum jest zasadne, czy prezydent i Rada Miasta sobie na to zasłużyli. Zasłużyli sobie. Polityką też jest pójście do wyborów. To nie kończy się na zasadzie sprawiedliwości, ale też na myśleniu o konsekwencjach. To pytanie mieszkańcy muszą sobie zadać. To pytanie, co sądzą o obecnej władzy Krakowa i też pytanie, co dalej.
Wyszła pani wczoraj z ciekawą inicjatywą. Przedstawiła pani projekt rezolucji, którą Rada miałaby przyjąć, a ta rezolucja wzywałaby rząd do tego, żeby zakazał łączenia stanowisk w Radzie Miasta, Radzie Powiatu, czy w Sejmiku z pracą w administracji publicznej. To ja rozumiem, że chciała pani zakazać sekretarce z Urzędu Miasta Krakowa startu w wyborach, albo inaczej, może nie zakazać sekretarce startu, ale gdyby się już dostała do tej rady, to nakazać jej odejście z pracy. Dlaczego?
- Osoba zatrudniona przez prezydenta miasta nie może właściwie tego prezydenta…
Szeregowy pracownik MPO na przykład. Też by nie mógł startować?
- Tan zakaz musi pociągać za sobą inne konsekwencje i rozwiązania. My do tej rezolucji wpisałyśmy naszą prostą inspirację, czyli uregulowania dotyczące posłów i senatorów.
Wie pani, jaka jest różnica między posłami, senatorami i radnymi?
- Nie wiem, którą pan wymieni.
Co najmniej 10 tysięcy. Posłowie na rękę co najmniej kilkanaście tysięcy co miesiąc, natomiast radni? Ile pani dostaje co miesiąc z diet?
- 4300 złotych. Jestem jedną z nielicznych osób w Radzie Miasta, która nie jest równocześnie zatrudniona w spółkach publicznych, szpitalach, teatrach, instytutach.
W takim razie postuluje pani, żeby radni oprócz diety dostawali jeszcze pensje minimalne?
- Radni nie powinni dostawać pieniędzy, które nie są weryfikowalne za nie wiadomo co.
Czyli pensje dla radnych?
- Tak. Powinni być radni zawodowi, którzy nie dostają pieniędzy za inny rodzaj pracy. Budżet państwa i budżety samorządów by wiele na tym zaoszczędziły. Posłowie dostają kilkanaście tysięcy wynagrodzenia. Radni biorą po kilka posad, każda jest po 20 tysięcy.
Tylko że w tej rezolucji to chyba nie ma słowa o tym, że powinny być pensje dla radnych.
- Jest jasno powiedziane, że chodzi o uregulowanie analogiczne do posłów i senatorów.
Na koniec jeszcze krótko polityka ogólnopolska. Współprzewodniczący partii Razem, Adrian Zandberg, taką małą polityczną bombę wczoraj spuścił. Mianowicie powiedział, że partia Razem chciałaby odwołania nie tylko Pauliny Hennig-Kloski, ale też ministry zdrowia i Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Znowu idą państwo razem z opozycją.
- Rozesłaliśmy prawie dwa tygodnie temu wniosek o wotum nieufności dla minister Sobierańskiej-Grendy. To nie jest nowość, ani bomba. Dogłębnie nie zgadzamy się z polityką głodzenia ochrony zdrowia. To dąży do prywatyzacji ochrony zdrowia. Pani minister miała rozwiązać kryzys. Te rozwiązania to cięcia, limity na diagnostykę, badania, ale też limity na zabiegi. Problem, z którym się mierzymy, jest realny. Szpitale powiatowe protestują. Szpitale będą stawiane w tragicznej sytuacji. Musi być podjęta decyzja, czy leczyć pacjenta i popadać w długi, czy odsyłać Polki i Polaków z kwitkiem.
Pytanie tylko, co ma do tego ministra zdrowia, skoro nie ona wyznacza ilość środków przeznaczonych na leczenie, tylko Sejm w budżecie i minister finansów? Drugie pytanie, skąd wziąć więcej pieniędzy na służbę zdrowia?
- Mamy pakiet rozwiązań.
75% podatku? Kataster?
- Nie jest to w naszym pakiecie dla zdrowia. Trzeba się zastanowić, jak wydajemy pieniądze na zdrowie. Albo lekarz pracuje w publicznej, albo w prywatnej ochronie zdrowia. W publicznej lekarze powinni pracować na etacie za określone stawki, nie na kontraktach za naprawdę niebotyczne kwoty, a równocześnie w publicznej ochronie zdrowia, gdzie powinni już za te świetne pieniądze służyć pacjentom, spędzają kilka godzin, a potem idą do swojej prywatnej kliniki, żeby tam przyjmować jako klientów tych samych pacjentów, których nałowili sobie w publicznych szpitalach. Nie wszyscy lekarze tak robią, ale niektórzy tak robią. Ta praktyka powinna zostać ucięta. Kiedy mierzymy się z bardzo poważnym problemem finansowym w ochronie zdrowia, który doprowadzi faktycznie do prywatyzacji publicznej ochrony zdrowia, no to musimy sięgać po te podstawowe środki, jakim jest sprawdzanie, na co te pieniądze wydajemy.