Odpowiedź jest krótka i zdecydowana. To fejk w czystej postaci. Cała teoria o 10 kilogramach trotylu trzyma się kupy mniej więcej tak mocno, jak domki z kart na wietrze. Temat faktycznie wraca. Wystarczyło dosłownie kilka dni od upadku obiektu, żeby w sieci zaroiło się od domorosłych ekspertów od wojskowości. Nagle co drugi użytkownik Facebooka stał się inżynierem balistyki.
Narracja była prosta. Prawdziwa rakieta zrobiłaby większą dziurę. Gdzie są szczątki? Saperzy mówią o trotylu. Brzmi sensacyjnie? Brzmi. Problem w tym, że to całkowita bzdura. Wyssana z palca i powtarzana przez konta szukające taniej sensacji.
Jak wyglądają fakty? Po pierwsze prokuratura okręgowa w Lublinie oficjalnie potwierdziła na podstawie zabezpieczonych na miejscu szczątków, że to był rosyjski pocisk manewrujący. Śledczy ustalili nawet, że ten konkretny egzemplarz zjechał z taśmy produkcyjnej w podmoskiewskim zakładzie w drugim kwartale tego roku. Mamy więc konkretne metalowe elementy, konkretną fabrykę i konkretny numer seryjny.
Po drugie kwestia tego słynnego leja. Na miejscu powstała dziura o głębokości 5 metrów i szerokości 10 metrów. Specjaliści zabezpieczyli też próbki gleby, żeby precyzyjnie przebadać skład chemiczny tego materiału. Skąd więc wzięła się ta cała bajka o trotylu? To klasyczny mechanizm. Bierze się chwytliwe słowo, jak "saperzy" czy "trotyl", dopisuje się wymyślone cytaty osób pracujących na miejscu i gotowe. Taki wpis idealnie karmi nasze emocje i nieufność do oficjalnych komunikatów.
Podsumowując, w Tarnowie Kolonii nie było żadnej inscenizacji. To był potężny, rosyjski pocisk manewrujący. Kiedy następnym razem przeczytacie w komentarzach relację anonimowego szwagra, który zna sapera, weźcie głęboki oddech. Fejki, jak zwykle, pękają z hukiem.