Grenlandia. Fot. Pexels
Grenlandia, Trump i pytanie o granice biznesu
Firma Greenland Energy wyładowała na Grenlandii ciężki sprzęt i planuje odwierty w poszukiwaniu ropy naftowej. Dania mówi stanowcze stop, ale Stany Zjednoczone nie zamierzają naciskać hamulca. W którym momencie dziejowym rozbój stał się taktyką biznesową?
Oczywiście takich sytuacji mieliśmy pod dostatkiem w dziejach świata, także w najnowszych dziejach świata. Natomiast żeby Stany Zjednoczone wykonywały taką akcję wobec demokratycznego kraju, który należy do tej samej grupy krajów wysokorozwiniętych, krajów Zachodu, krajów wolności – to rzeczywiście sytuacja jest dość ciekawa. Stany Zjednoczone przecież były oazą demokracji, najbardziej dojrzałą demokracją. Cały czas mówiły o wolności jako najważniejszym elemencie funkcjonowania tej demokracji, o nienaruszalności granic i tak dalej.
Warto jednak dodać: Stany Zjednoczone Donalda Trumpa. Bo to Donald Trump, jak widać, ma takie pomysły. Sama zapowiedź sięgnięcia po zasoby Grenlandii pojawiała się już na początku tej drugiej prezydentury. Potem Donald Trump zaczął mówić, że najchętniej nie tylko sięgnąłby po zasoby, ale wcieliłby Grenlandię do Stanów Zjednoczonych. Myślę, że wywołało to szok u większości obserwatorów, także polityków. Zachowanie polityków grenlandzkich, islandzkich i duńskich było jednoznaczne. A teraz okazuje się, że przechodzimy od słów do czynów. Sytuacja bardzo mocno się komplikuje. Pytanie, czym to wszystko się zakończy.
Co jest na Grenlandii?
Na wybrzeżu Grenlandii znalazło się kilkanaście kontenerów ciężkiego sprzętu. Według zapowiedzi we wrześniu ma tam trafić kolejnych trzysta kontenerów. Co takiego jest w Grenlandii?
Odwróciłbym to pytanie: czego nie ma na Grenlandii? To jest chyba lepsze określenie zasobów naturalnych tej wielkiej wyspy. Warto popatrzeć na mapę albo najlepiej na globus i porównać wielkość Grenlandii – nawet tylko powierzchniowo – nie tylko z Polską, ale też z takimi krajami jak Kanada, Stany Zjednoczone czy nawet Rosja. Żeby zdać sobie sprawę, o jak wielkiej powierzchni mówimy. Bardzo wiele surowców jest ukrytych pod ziemią grenlandzką. Najważniejsze są dziś chyba dwa obszary. Pierwszy to surowce energetyczne, w szczególności ropa naftowa. Widać to dobrze w kontekście ostatnich miesięcy i wojny w Iranie. Jeśli ktoś ma dodatkowe złoża i jest w stanie z nich korzystać, to uniezależnia się od Bliskiego Wschodu. Nawet jeśli zakończy się konflikt amerykańsko-izraelsko-irański, nie wiemy, na jak długo. Po drugie, to nie jest jedyny problem na Bliskim Wschodzie. Tam właściwie cały czas mamy do czynienia z jakimiś wojnami. Im więcej kontroli nad ropą, która nie znajduje się na Bliskim Wschodzie, tym lepiej dla tego, kto ją kontroluje – i z punktu widzenia bezpieczeństwa, i możliwości zarabiania na sprzedaży innym.
Surowce energetyczne to pierwsza rzecz i na razie głównie o nich mówimy w kontekście kontenerów, które pojawiły się na Grenlandii. Ale Grenlandia to także miejsce, gdzie jest bardzo dużo metali ziem rzadkich. I tu mówimy o kolejnym bardzo istotnym obszarze przewagi gospodarczej, technologicznej, a więc także gospodarczej nad innymi.
Metale ziem rzadkich i rywalizacja z Chinami
Czym pokrótce są metale ziem rzadkich?
To metale bardzo intensywnie wykorzystywane dziś w elektronice, przy tworzeniu układów scalonych, różnego rodzaju elementów, fotowoltaiki. W zasadzie trudno dzisiaj powiedzieć, gdzie ich nie ma, jeśli chodzi o najbardziej zaawansowane komponenty elektroniczne. Mam wrażenie, że to jest dziś nawet ważniejsze niż ropa, gaz czy generalnie surowce energetyczne.
Bo Chiny? Bo to pozwoli rywalizować z Chinami?
Na to właśnie chciałbym zwrócić uwagę. Kiedy Donald Trump nałożył bardzo wysokie, ponadstuprocentowe cła, szczególnie na Chiny, minęło dosłownie parę godzin i się z tego wycofał.
Myślę, że były trzy powody tego wycofania. Pierwszy to reakcja rynków finansowych, bardzo mocny wzrost rentowności amerykańskich obligacji, czyli kosztu pożyczania pieniędzy. Drugi to bardzo duży nacisk ze strony – nazwę to obrazowo – Wall Street, czyli inwestorów. Widzieliśmy wtedy potężne spadki wartości firm, choćby Apple’a, jednej z najwięcej wartych firm na świecie. Trzeci element to decyzja Chińczyków: jeśli wy nam cła, to my wam zablokujemy dostęp do metali ziem rzadkich. Chińczycy mają dziś sporo własnych zasobów, a poza tym kontrolują zasoby w innych częściach świata, między innymi w Afryce.
Szacuje się, że jeśli chodzi na przykład o lit, pod kontrolą Chińczyków może być nawet do 80 procent znanych zasobów. Lit kojarzy się przede wszystkim z bateriami litowo-jonowymi, czyli podstawą dzisiejszych samochodów elektrycznych. Świat pracuje nad innymi, bardziej efektywnymi bateriami, ale to wciąż pieśń przyszłości, choć pewnie bliższa niż dalsza. Nie masz litu – nie jesteś w stanie produkować baterii litowo-jonowych. Zaczyna być problem. To, co stało się wtedy z cłami Trumpa i późniejszymi negocjacjami z poszczególnymi krajami, pokazuje, jak ważne są metale ziem rzadkich dla dzisiejszego świata, szczególnie elektroniki. Elektronika, sztuczna inteligencja, zasoby danych w wielkich bazach danych – to wszystko stanowi i będzie stanowiło o przewadze konkurencyjnej w przyszłości. To ma wielki wpływ na efektywność gospodarek, a ten wpływ będzie pewnie rósł jeszcze bardziej.
Amerykanie szukają możliwości uzupełnienia własnych złóż. Mają swoje, ale ograniczone. Skoro w przypadku litu prawie 80 procent kontrolują Chiny, trzeba szukać miejsc, skąd można go pozyskiwać. A jeśli pozyskuje się go od innego kraju, pojawia się kwestia uzależnienia. Najlepiej więc mieć lit swój. Według Donalda Trumpa wcześniej czy później Grenlandia będzie amerykańska. Skoro będzie to lit grenlandzki, to będzie to lit nasz, czyli amerykański. Taka jest logika.
Greenland Energy, czyli firma krzak?
Całe zamieszanie wywołuje teoretycznie prywatna firma Greenland Energy. To ona ma wykonywać odwierty. Powstała przed rokiem. W warunkach europejskich powiedzielibyśmy: startup albo firma krzak. Jest związana z Trumpem, choćby przez to, że pracują tam jego byli współpracownicy. To brzmi po chińsku albo po rosyjsku.
Dokładnie. I to jest dla mnie przerażające. Całe życie uczono mnie, że Stany Zjednoczone to najbardziej dojrzała demokracja, która ma masę bezpieczników. Nawet gdyby pojawił się prezydent, który będzie chciał robić coś, co nie mieści się w granicach demokratycznego, uczciwego podejścia, szanowania wolności, prawa własności i tak dalej, to w Stanach się tego nie da zrobić. Tak mnie uczono. Aż nastała era Donalda Trumpa i okazało się, że z tymi bezpiecznikami chyba nie jest tak dobrze, jak być powinno. Wydaje się, że w przypadku Grenlandii mamy podobną sytuację. Ta firma nie kiwnęłaby palcem, gdyby nie miała jakiejś formy przyzwolenia na swoje działania ze strony obecnej administracji amerykańskiej.
Podejrzewam, że mogłaby nawet nie powstać, gdyby tak nie było.
Nawet gdyby powstała, Dania może nie jest najpotężniejszym krajem na świecie, ale jest wystarczająco sprawna, żeby bez żadnego problemu poradzić sobie z takim desantem na Grenlandię.
Grenlandczycy także doskonale wiedzą, co się dzieje. Teraz będą musieli temu przeciwdziałać. Pewnie zacznie się od bardzo mocnej wolty dyplomatycznej. Sytuacja naprawdę nam się komplikuje.
Co może zrobić Europa i Polska?
Co powinna zrobić Europa? Co powinna zrobić Polska? Europejczycy mówili, że Grenlandia jest duńska. Czy mamy jednak jakieś możliwości wpływu gospodarczego albo politycznego na Stany Zjednoczone?
Wyobraża pan sobie teraz taki wpływ na Stany Zjednoczone? To jest problem, bo tak naprawdę trzeba wpłynąć na jedną osobę. Mamy informacje o spotkaniach ważnych polityków amerykańskich, kongresmenów czy senatorów, z politykami europejskimi. Są publiczne wypowiedzi, w których przepraszają za to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Mogą przepraszać, ale fakty są takie, jakie są. To wszystko się dzieje.
Chcę być daleko od naszej polityki wewnętrznej, ale w przypadku rządu mam wrażenie, że taka dość mocna reakcja jest możliwa. Oczywiście nie wyślemy tam wojsk i pewnie reakcja nie może być zbyt mocna z wiadomych powodów.
I może prezydenta, który ma dobre relacje z Donaldem Trumpem?
Właśnie. Pytanie, co zrobi prezydent. Doskonale wiemy, że relacje z Donaldem Trumpem są raczej po stronie obecnego prezydenta. W przypadku rządu sytuacja wydaje się nieco gorsza. Jeżeli prezydent Nawrocki będzie próbował protestować albo przynajmniej wyrażać niezadowolenie, pytanie, czy się na to odważy, biorąc pod uwagę, że z dwóch obszarów władzy u nas to on ma lepsze relacje z Trumpem. Sam jestem ciekawy, jak to będzie wyglądało.
Stany Zjednoczone nie mają żadnego prawa do Grenlandii. Boję się, że jeśli zaczniemy dziś podważać granice, oczywiście wymyślając formuły o bezpieczeństwie, strategiach i tak dalej, to otwieramy puszkę Pandory. Wszyscy jesteśmy w stanie wskazać wiele takich miejsc, także w Polsce, gdzie za chwilę ktoś może mówić: musimy sięgnąć po te ziemie, bo wymaga tego bezpieczeństwo, strategia i tak dalej. Nawet nie chcę myśleć, jakie mogą być tego konsekwencje.
Źle to wszystko wygląda. Warto też wspomnieć, że sami Grenlandczycy nie chcą żadnego zwierzchnictwa Stanów Zjednoczonych. Były na ten temat badania z bardzo jednoznacznymi wynikami.
Na pewno będziemy mieli jakąś formę działania dyplomatycznego ze strony Komisji Europejskiej i mam nadzieję, że wszystkich krajów Unii Europejskiej. W przypadku Polski pewnie bardziej będzie to dotyczyło rządu niż prezydenta, chociaż zobaczymy. Pytanie, co dalej i czy ktokolwiek w Stanach Zjednoczonych – mam na myśli rządzących – w ogóle się tym przejmie.
Europa zależna od USA
Żyjemy w ciekawych czasach. Wygląda na to, że także w czasach rewizjonizmu.
Jest jeszcze jedna rzecz. Niestety jesteśmy bardziej uzależnieni od Stanów Zjednoczonych niż Stany Zjednoczone od nas. To jest problem głównie w kwestiach obronnych. Najbardziej optymistyczne przewidywania są takie, że Europa będzie w stanie sama bronić się przed Rosją najwcześniej za dekadę, i to pod warunkiem, że wszystkie projekty, które dziś są zaczynane albo o których się mówi, będą realizowane. Choćby w kwestiach bezpieczeństwa sytuacja nie jest dla nas, delikatnie mówiąc, dobra. Ale też nie możemy udawać, że nic się nie dzieje.