Jeszcze kilka lat temu polskie miasta były pełne ukraińskich flag. Na krakowskim Rynku odbywały się wielotysięczne demonstracje, przed rosyjskim konsulatem protestowano niemal bez przerwy, a pomoc ludziom uciekającym przed wojną stała się jednym z największych społecznych zrywów ostatnich dekad. Dziś obraz jest inny. Solidarność nie zniknęła, ale coraz częściej musi konkurować z niechęcią, politycznym cynizmem i otwartą agresją.
Manifestacje przeciwko ksenofobii i przemocy wobec Ukraińców, które odbyły się w polskich miastach, nie zgromadziły tłumów porównywalnych z tymi z początku pełnoskalowej wojny. Na placu Szczepańskim w Krakowie zebrało się około 200 osób. Były flagi Polski i Ukrainy, oba hymny i wezwania, by nie pozostawać obojętnym na antyukraiński hejt.
Czy to niewiele? Jeśli punktem odniesienia jest początek wojny – oczywiście. Ale Adam Szostkiewicz, publicysta „Polityki” i uczestnik krakowskiej demonstracji, proponuje spojrzeć na te liczby inaczej.
- Ten impuls, ten odruch solidarnościowy ciągle jest i ja to bardzo doceniam – mówił w Radiu Kraków. – Frekwencyjnie to nie jest to samo, ale nigdy by nie było po czterech latach to samo, co było na samym początku, kiedyśmy zupełnie spontanicznie, oddolnie, masowo rzucili się na pomoc uchodźcom z objętej wojną Ukrainy.
Problem polega na tym, że zmieniła się nie tylko liczba ludzi wychodzących na ulice. Zmienił się język, którym w Polsce mówi się o Ukraińcach.
Antyukraińskość wyszła z politycznego marginesu
Jeszcze niedawno najbardziej radykalne wypowiedzi o Ukraińcach można było traktować jako domenę politycznego marginesu. Dzisiaj argumenty, które wcześniej funkcjonowały przede wszystkim w środowiskach skrajnej prawicy, przedostają się do głównego nurtu debaty.
Według Szostkiewicza właśnie to jest największym politycznym sukcesem radykałów.
– To jest największe osiągnięcie, w cudzysłowie, prawicy, skrajnej prawicy, że przebiła mur tym swoim przekazem antyukraińskim – oceniał. Mechanizm jego zdaniem nie jest skomplikowany: – Skoro można na tym ugrać procenty poparcia, no to grają w to.
Polityczna konkurencja ma swoją logikę. Jeśli jeden gracz zdobywa poparcie dzięki radykalnemu hasłu, pozostali stają przed pokusą, żeby przesunąć się w jego stronę. W efekcie poglądy, które wcześniej znajdowały się na obrzeżach debaty, zaczynają być traktowane jak jeden z jej zwyczajnych wariantów.
A granica tego, co można powiedzieć, przesuwa się jeszcze dalej.
Wojna, której z Polski nie widać
Łatwo dyskutować o wojnie, kiedy alarm przeciwlotniczy jest czymś znanym z telewizyjnych relacji, a nie sygnałem, po którym trzeba szukać schronienia. Szostkiewicz właśnie w braku doświadczenia wojny widzi jeden z powodów łatwości, z jaką formułowane są radykalne sądy o Ukraińcach.
– Gdyby niektórzy z nich pojechali choćby na dzień, i nawet nie mówię do Kijowa, ale choćby do Lwowa, i pożyli sobie tam razem z Ukraińcami, toby zobaczyli, o co chodzi i przestali te straszne, głupie, nikczemne rzeczy mówić, nie mając zielonego pojęcia, czym naprawdę jest wojna – mówił.
Polskie doświadczenie historyczne powinno teoretycznie ułatwiać zrozumienie sytuacji społeczeństwa zaatakowanego przez silniejszego sąsiada. Pamięć historyczna nie zawsze jednak działa w ten sposób. Może budować solidarność, ale równie łatwo może stać się narzędziem współczesnego konfliktu politycznego.
Nawet nazwa miasta może stać się problemem
Skalę zmiany atmosfery dobrze pokazują spory, które jeszcze niedawno prawdopodobnie trudno byłoby uznać za politycznie istotne. Kontrowersje potrafi dziś wywołać nawet to, że Ukraińcy używają ukraińskich nazw polskich miejscowości.
Absurd takiego sporu staje się widoczny, gdy przypomnimy sobie, że Polacy nie zastanawiają się szczególnie długo nad tym, dlaczego mówią Lwów, Kijów czy Charków, zamiast używać ukraińskich form tych nazw.
Ale gdy konflikt zaczyna być napędzany emocjami, przedmiot sporu ma drugorzędne znaczenie.
– Każdy pretekst jest dobry do nienawiści, jeśli za tym się kryje korzyść albo polityczna, bo najczęściej o to chodzi, ale też prywatna – zauważa Szostkiewicz.
Jego diagnoza wykracza poza samą politykę. Część społecznej agresji może być sposobem na znalezienie konkretnego adresata dla znacznie bardziej ogólnego poczucia frustracji.
Jest wśród nas pewna część ludzi, którzy odczuwają taką potrzebę, żeby rozładować swoje negatywne emocje. Niekoniecznie akurat do Ukraińców, a nawet do Żydów, ale do świata, jaki jest, w którym oni nie są tym, czym chcieliby być.
W takim mechanizmie szczególnie użyteczny staje się „obcy”. Można przypisać mu odpowiedzialność za problemy, których źródła są znacznie bardziej skomplikowane.
„Uprzywilejowani” Ukraińcy i ci, którzy nie potrafią funkcjonować samodzielnie
Jednym z najbardziej trwałych elementów antyukraińskiej narracji stała się opowieść o przywilejach. Ukrainiec przedstawiany jest w niej nie jako człowiek uciekający przed wojną lub pracujący w Polsce, ale jako konkurent korzystający ze świadczeń niedostępnych rzekomo dla Polaka.
Podczas demonstracji na placu Szczepańskim przypominano między innymi o wkładzie pracujących w Polsce Ukraińców w gospodarkę. Szostkiewicz zwracał natomiast uwagę na drugą stronę tej historii – ludzi, którzy bez pomocy państwa czy organizacji społecznych nie są w stanie funkcjonować samodzielnie.
Przywołał działalność siostry Małgorzaty Chmielewskiej, która pomaga osobom znajdującym się w najtrudniejszej sytuacji.
– Często mówimy o osobach, które są życiowo po prostu niezdolne do samodzielnego funkcjonowania. Dzięki takim ludziom jak siostra Chmielewska, katoliczka przecież, oni tam znajdują jeszcze jakąś swoją ostatnią szansę – mówił.
Debata o świadczeniach, składkach czy ubezpieczeniu zdrowotnym jest oczywiście uprawniona. Państwo ma prawo określać zasady pomocy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy dyskusja o konkretnych rozwiązaniach zostaje zastąpiona sugestią, że cała grupa narodowa żyje kosztem reszty społeczeństwa.
Dorośli mówią, dzieci słuchają
Najbardziej niepokojące konsekwencje politycznego języka niekoniecznie widać w sondażach.
Widać je również w szkołach.
Ukraińskie dzieci, które uczą się razem z polskimi rówieśnikami, słyszą słowa nienawiści. Trudno zakładać, że kilku- czy kilkunastolatkowie samodzielnie przeprowadzili analizę polskiej polityki migracyjnej, systemu świadczeń albo historii stosunków polsko-ukraińskich.
– Co powiedzieć o dzieciach, które legalnie chodzą do polskich szkół i słyszą od swoich rówieśników słowa nienawiści? To jest nie do pojęcia po prostu, żeby można było dzieci nasyłać na dzieci tylko dlatego, że rodzicom się coś tam albo dziadkom, albo kumplom nie spodobało – mówił Szostkiewicz.
Język polityki nie pozostaje w Sejmie, studiu telewizyjnym ani mediach społecznościowych. Przechodzi do rodzinnych rozmów, miejsc pracy, szkół i na ulice. Tam przestaje być retoryką.
Deportować mężczyzn na front
Jeszcze mocniej widać to na przykładzie propozycji Tobiasza Bocheńskiego. Polityk PiS zapowiedział, że po powrocie jego partii do władzy jedną z pierwszych decyzji miałaby być deportacja ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym do Ukrainy.
Szostkiewicz proponuje prosty eksperyment myślowy: zamienić Ukraińców na Polaków.
Wyobrazić sobie Polskę zaatakowaną przez Rosję. Część obywateli ucieka do Czech, Niemiec czy innych państw. Wśród nich znajdują się mężczyźni w wieku poborowym. I wtedy polityk jednego z tych krajów proponuje odesłanie wszystkich na wojnę.
– Jak by zabrzmiały takie słowa, gdyby sytuacja była odwrotna? – pytał publicysta.
Jego odpowiedź jest jednoznaczna: – Cyniczne do bólu, po prostu nikczemne.
Warto jednak zauważyć, że nawet wewnątrz PiS nie ma w tej sprawie jednolitego stanowiska. Aleksander Mularczyk, pytany wcześniej w Radiu Kraków o wypowiedź Bocheńskiego, nie chciał jej komentować i zaznaczył, że nie musi się z nią zgadzać.
To może być sygnał, że także po prawej stronie pojawia się pytanie o granice politycznej eskalacji.
Czy wahadło odbije?
Polityczny radykalizm ma pewną słabość: żeby nadal mobilizował, musi być coraz mocniejszy. W pewnym momencie może jednak przekroczyć granicę akceptowaną przez część wyborców.
Szostkiewicz nie wyklucza takiego scenariusza.
– Zawsze prawica ma tę skłonność do przeginania. Po prostu idzie na całość, jedzie po bandzie. Potem się dziwi, że jednak nie zrobili aż tyle punktów, tyle procentów, ile się spodziewali – mówił.
Najważniejszą barierą dla politycznie produkowanej niechęci może się przy tym okazać nie wielka polityka, lecz zwykłe życie.
Polacy pracują z Ukraińcami. Ich dzieci chodzą razem do szkół. Spotykają się w sklepach, restauracjach, szpitalach i autobusach. Osobiste doświadczenie często okazuje się znacznie odporniejsze na propagandowy schemat niż abstrakcyjny obraz „Ukraińca” konstruowany na potrzeby politycznego konfliktu.
– Ludzie widzą kolegów, koleżanki, które pracują z nimi, Ukraińców, i widzą, że to są normalni ludzie – zauważa Szostkiewicz.
Jest też inny mechanizm. Przemoc wobec człowieka uznanego za „obcego” może wywołać strach u wszystkich, którzy zdają sobie sprawę, jak przypadkowe bywają kryteria agresora.
Akcent. Wygląd. Ubranie. Pomyłka.
Jeżeli to wystarczy, żeby ktoś został zaatakowany na ulicy, problem przestaje dotyczyć wyłącznie Ukraińców.
Historia nie wraca identyczna. Mechanizmy potrafią
Najbardziej niepokojący fragment tej debaty zaczyna się wtedy, kiedy współczesny język zestawimy z historią.
Szostkiewicz pisał niedawno: „Idzie nacjonalizm zadowolony z siebie, butny, bezwstydny, pazerny, gotowy na wszystko. Wraca rasizm, antysemityzm, nienawiść do mniejszości narodowych, obyczajowych i bicie obcych”.
Takie porównania wymagają ostrożności. Polska 2026 roku nie jest Polską ani Niemcami lat 30. XX wieku. Mechaniczne stawianie znaku równości między współczesnością a epoką narodzin totalitaryzmów więcej zaciemnia, niż wyjaśnia.
Historia może jednak ostrzegać nie przez identyczność wydarzeń, lecz podobieństwo pewnych mechanizmów.
W końcu lat 30. także w Polsce funkcjonowały radykalny nacjonalizm, antysemityzm i fascynacja niektórych środowisk rozwiązaniami przychodzącymi z hitlerowskich Niemiec. Szostkiewicz przypomniał, że część ówczesnej prawicowej prasy zastanawiała się nawet, czy obalenie Hitlera rzeczywiście leżałoby w polskim interesie, skoro jego reżim był zdecydowanie antykomunistyczny.
– Jak się skończyło, wszyscy wiemy – podsumował.
Dwieście osób to niewiele. I właśnie dlatego może znaczyć dużo
Na plac Szczepański przyszło około 200 osób. W porównaniu z tłumami z pierwszych tygodni wojny to liczba niewielka.
Ale dziś demonstracja ma już inne znaczenie.
W 2022 roku solidarność z Ukrainą była społecznie oczywista. Dzisiaj uczestnictwo w demonstracji przeciwko antyukraińskiej nienawiści jest także sprzeciwem wobec języka, który stał się częścią politycznego mainstreamu.
Polacy są zmęczeni wojną. Ukraińcy tym bardziej. Zmęczenie jest naturalne i nie sposób oczekiwać, że społeczne emocje z pierwszych dni rosyjskiej inwazji będzie można utrzymać przez lata.
Zmęczenie nie musi jednak prowadzić do nienawiści.