Przez lata żartowaliśmy, że narzekanie jest polskim sportem narodowym. Potrafimy narzekać na pogodę, ceny, politykę, pracę i korki. Dziś jednak coraz częściej pojawia się druga skrajność: presja, by zawsze patrzeć na życie pozytywnie. Zdrowie psychiczne nie polega na tym, że przez cały czas jesteśmy spokojni, uśmiechnięci i przekonani, że wszystko się ułoży. Przeciwnie, obejmuje również zdolność do przeżywania tego, co trudne. Można być silnym człowiekiem i jednocześnie się bać. Można być wdzięcznym za swoje życie i jednocześnie mieć dość. Można wierzyć, że przyszłość będzie lepsza, a dzisiaj po prostu czuć się źle.
Szczególnie ważne jest to w relacji z dzieckiem. Dziecko wraca ze szkoły i płacze. Pokłóciło się z kolegą. Ktoś powiedział mu coś przykrego. Przegrało zawody. Zawiodło się na przyjacielu. Dorosły odruchowo odpowiada, by się nie przejmował, że będzie dobrze. Intencja jest zwykle dobra. Rodzic chce uspokoić dziecko i pokazać mu, że problem nie jest końcem świata. A przecież zanim nauczymy dziecko radzenia sobie z emocjami, musimy najpierw pozwolić mu je przeżyć i nazwać.
Psychologia jasno pokazuje, że gdy nazwiemy uczucie, to pozwala to zrozumieć, co się ze mną dzieje. Dajmy sobie prawo ponarzekać – mówi Katarzyna Wnęk-Joniec.
W przypadku dorosłych dochodzi jeszcze jeden mechanizm. Niektórym osobom przez lata przypisujemy rolę silnych. W ten sposób można nieświadomie zbudować wokół człowieka obraz wojownika, który nie ma prawa się załamać. A przecież dorosłość nie oznacza konieczności nieustannego radzenia sobie. Dorosły człowiek może powiedzieć: "Dzisiaj nie potrzebuję rady. Chcę, żebyś mnie wysłuchał". To właśnie jest oznaka emocjonalnej dojrzałości, a nie ciągła siła, ale możliwość rozpoznania własnego stanu i powiedzenia, czego w danym momencie potrzebujemy. Dziecko tej umiejętności jeszcze nie posiada. Dopiero się jej uczy. Jeśli więc dorosły zamiast towarzyszyć mu w trudnych emocjach oczekuje, że dziecko "samo sobie poradzi", może nauczyć je przede wszystkim zaciskania zębów.