Ich zawodowe drogi przez pewien czas biegły osobno. Po szkole Jan Frycz związał się z Teatrem im. Juliusza Słowackiego, Romanowski pracował poza Krakowem, a następnie trafił do Starego Teatru. Po latach spotkali się właśnie tam i przez kilkanaście lat byli – jak mówi Romanowski – „dobrymi kolegami z garderoby”.
Nie była to szczególna zażyłość czy przyjaźń. Była za to możliwość obserwowania z bliska aktora, który nieustannie czegoś od siebie wymagał.
– Mam go w pamięci jako człowieka nieskończonego poszukiwania, ciągle czegoś nowego w sobie – wspomina Romanowski.
„Potrzebuję reżysera, który mnie porządnie przeczołga”
Frycz miał już wtedy silną pozycję zarówno w teatrze, jak i w filmie. Nie sprawiało to jednak, że chciał jedynie korzystać z wypracowanych środków. Romanowski pamięta rozmowę w garderobie, podczas której Frycz powiedział, że potrzebuje spotkania z reżyserem, który „porządnie go przeczołga”.
Najpierw takim twórcą był Krystian Lupa. Później Frycz mówił, że chciałby „dostać się w ręce Jarockiego”. I również to zawodowe spotkanie stało się możliwe po jego przejściu do Teatru Narodowego.
Romanowski szczególnie zapamiętał Frycza jako Iwana w „Braciach Karamazow” w reżyserii Krystiana Lupy. To w tej roli – jak mówi – najpełniej ujawniła się jego niezwykła umiejętność operowania słowem i obecność na scenie.
– To nie było wykalkulowane, to nie było wymyślone. To ważyło po prostu nieprawdopodobnie – mówi.
Frycz potrafił przy tym równie mocno zaskakiwać w repertuarze komediowym. Romanowski wspomina jeden z programów opartych na tekstach Piwnicy pod Baranami, reżyserowany przez Krzysztofa Maternę. Aktor, kojarzony często z powagą, surowością czy mrocznymi rolami, doprowadzał wtedy publiczność do salw śmiechu.
W garderobie też nie było bezpiecznie
Ta precyzja i bezkompromisowość nie kończyły się wraz ze spektaklem. Romanowski zapamiętał kolegę jako człowieka bardzo wymagającego wobec siebie, ale też potrafiącego bez ogródek powiedzieć, co myśli o pracy innych.
Nie znosił rutyny i „spowszednienia aktorskiego”, szczególnie w przedstawieniach granych przez długi czas. Miał też bardzo charakterystyczne poczucie humoru.
– To było momentami niebezpieczne poczucie humoru dla garderoby, dla kolegów. Potrafił z nas dosyć surowo zakpić – opowiada Romanowski.
Wystarczała zwyczajna rozmowa w teatralnej poczekalni. Kiedy zaczynały padać banalne pytania w rodzaju „co słychać?” albo „kiedy przyjechałeś?”, Frycz szybko przejmował ton rozmowy. Dopiero po chwili koledzy orientowali się, że od kilku minut są obiektem żartu.
Romanowski porównuje to poczucie humoru do Jerzego Bińczyckiego: ciepłego i serdecznego, ale tak celnego w swoich żartach, że – jak mówi – „jak zakpił, to bolało”.
„Idę pozbyć się tekstu”
Po aktorze pozostają filmy, spektakle Teatru Telewizji i słuchowiska. Teatr jest bardziej ulotny.
– Teatr nie zostaje. Zostaje wspomnienie, zostaje anegdota – mówi Romanowski.
I właśnie jedną z takich anegdot o Janku przywołuje na koniec. Zna ją z opowieści jednego z kolegów, który spotkał Frycza już w Warszawie.
– „Janku, co, idziesz grać?” – zapytał.
Frycz miał odpowiedzieć:
– „No wiesz, idę powiedzieć. Idę pozbyć się tekstu”.