Od razu powiedzmy sobie wprost. To stuprocentowy fejk. Etna, choć potrafi napędzić strachu, w starciu z naszą cywilizacją jest w kwestii emisji zaledwie skromnym amatorem.
Skąd to całe zamieszanie? Kiedy wulkan pluje lawą, dymem i popiołem na kilometry w górę, wygląda to apokaliptycznie. Nic dziwnego, że komuś włączył się kalkulator wyobraźni. Szkoda tylko, że ten prawdziwy kalkulator został w szufladzie.
Policzmy to na spokojnie. Włoscy wulkanolodzy podają, że w trakcie tak silnej erupcji Etna emituje maksymalnie 30 tys. ton dwutlenku węgla dziennie. W skali całego roku ten sycylijski kolos wypuszcza od 3 do maksymalnie 7 mln ton CO2. Brzmi potężnie? Teraz zderzmy to z liczbami unijnymi. W ramach pakietu Fit for 55 cała Unia Europejska chce ściąć roczną emisję do poziomu około 2,2 mld ton do 2030 roku. Roczny dorobek Etny to zaledwie ułamek procenta. Dokładnie jakieś 0,13% tego unijnego pułapu.
Mało tego, same tylko samochody osobowe i dostawczaki jeżdżące po drogach Unii wyemitowały w ciągu roku ponad 0,5 mld ton dwutlenku węgla. Oznacza to, że nasze auta w samej Europie dmuchają w atmosferę więcej niż wszystkie wulkany na całej kuli ziemskiej razem wzięte.
Żeby wyeliminować tyle dwutlenku węgla, ile wszystkie wulkany świata produkują przez cały bity rok, globalna gospodarka i nasz przemysł potrzebują zaledwie 2,5 dnia. 2,5 dnia naszej pracy to roczny urobek setek dymiących kraterów.
Podsumowując, wulkany robią spektakularne show, ale to my, ludzie, pompujemy do atmosfery ponad 38 mld ton dwutlenku węgla rocznie. Zrzucanie winy na Etnę to klasyczna próba znalezienia gorącego kozła ofiarnego.