Urzędnicy przekonują, że ceny trzeba podnieść ze względu na inflację i wzrost kosztów energii oraz paliwa. Jak dodaje też Henryk Kultys, prezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania w Krakowie, mieszkańcy i tak obecnie płacą mało za wywóz śmieci.
"Zwrócę uwagę, że ta stawka i tak będzie najniższa z wszystkich gmin okalających Kraków i jak na duże miasta to bardzo niska. Dodatkowo przypomnę, że w Krakowie w stosunku do innych gmin województwa mamy najwyższy wskaźnik tak zwanego nagromadzenia odpadów, czyli przeciętny mieszkaniec Krakowa statystycznie wytwarza 480 kg, w Polsce jest 312 kg średnio" - mówi Kultys.
Te argumenty jednak wielu radnych nie przekonują. Grzegorz Stawowy z Platformy Obywatelskiej uważa, że podwyżka jest niezrozumiała i miasto nie podaje przekonujących argumentów. Dodatkowo, jak twierdzi radny, system powinien się równoważyć.
"Z jednej strony zakłada się wzrost cen związany ze wzrostem cen paliw, a z drugiej strony przyjmuje się spadek przychodów na surowcach wtórnych, gdzie na przykład stal, którą mieszkańcy oddają w żółtych workach podrożała trzykrotnie w ciągu ostatnich dwóch lat. Wzrasta cena odkupu odpadów segregowanych, czyli makulatury, plastików i szczególnie stali, a jednocześnie MPO przyjmuje spadek dochodów z tego źródła o 10%. W roku 2020 uzyskano 6 mln z przychodów ze sprzedaży surowców wtórnych, w 21 aż 17 mln złotych, czyli ta tendencja jest wzrostowa, a teraz nagle pokazuje się spadek" - komentuje Stawowy.
Z kolei Łukasz Maślona, radny klubu Kraków dla Mieszkańców, jest zdania, że kluczowa wydaje się likwidacja szarej strefy, czego miasto nie robi. Istnieją mieszkańcy, którzy zaniżają liczbę osób w nieruchomości, aby mniej płacić za śmieci.
"Należy wyłapać tych, którzy nie płacą, żeby nie było sytuacji, w której podnosimy opłaty tym, którzy sumiennie płacą, a ci, którzy nie płacili, nadal są nieobjęci tym systemem opłat. Wiemy, że miasta w Polsce poradziły sobie z tym problemem. Na podstawie zużycia wody można oszacować, czy w danym mieszkaniu rzeczywiście nikt nie mieszka, lub mieszka tak mała liczba osób i w ten sposób egzekwować te zaległe opłaty, ale też te, które będą w przyszłości" - mówi Maślona.
Podobnego zdania jest Michał Drewnicki z Prawa i Sprawiedliwości, który jednocześnie przekonuje, że miasto może łatwo koszty wywozu odpadów obniżyć, ale z tej możliwości nie korzysta.
"Prezydent i służby związane z odpadami nie skorzystały z szansy, by zmniejszyć liczbę kubłów. To by zmniejszyło również liczbę transportów. Istnieje ustawowa możliwość, by zamiast pięciu frakcji mieszkańcy mogli sortować tylko cztery frakcje. Jest taki wniosek ustawowy. Miasto powinno wtedy złożyć odpowiednie dokumenty do ministerstwa. Oni wtedy wyrażają zgodę i zamiast pięciu kubłów mielibyśmy cztery kubły" - wyjaśnia Drewnicki.
Radny Michał Drewnicki dodaje, że prezydent Krakowa jeszcze dwa lata temu apelował do rządu, aby dać możliwość zmniejszenia ilości kubłów, a teraz gdy ona jest to z niej nie korzysta. Urzędnicy odpowiadają, że jest to nadal niemożliwe, bo miasto wtedy mogłoby nie osiągnąć wymaganych poziomów recyklingu odpadów, dodatkowo cała edukacja ekologiczna w ostatnich latach poszłaby na marne.