To czujność obywatelska /nie mylić z czujnością czekisty!/. Pracujemy o różnych porach, ale zazwyczaj któryś z naszych sąsiadów jest w domu. Jedni wstają o świcie, inni chodzą spać nad ranem. Zawsze więc ktoś powinien zwracać uwagę, czy wokół jego domu nie dzieje się coś złego. I reagować.
Widzimy awanturujące się osoby, handlujących narkotykami, dzwonimy na numer alarmowy policji albo do prewencji. Przyjadą natychmiast - oto przykłady.
Grupa młodych ludzi wraca wczesną nocą z imprezy, są pijani - dziewczyna kłóci się z chłopakiem i odchodzi. On dostaje ataku szału, złość wyładowuje na nowiutkim samochodzie mojej sąsiadki. Rozbija reflektor, szybę, wgniata karoserię, ćwicząc na aucie ciosy karate. Sąsiedzi dzwonią na policję i schodzą na podwórko, nie pozwalając zadeptać "miejsca przestępstwa". Policja zjawia się po kilku minutach. Dwa radiowozy. Zbierają zeznania świadków i błyskawicznie ruszają w pościg. Kilkanaście minut później nerwowy młodzian zostaje zatrzymany - okazuje się, że zniszczył jeszcze kilka innych samochodów. Za wszystko zapłaci z własnej kieszeni.
Kolejna historia. Na parterowy balkon wdrapuje się rosyjskojęzyczny osobnik. Chce wejść "na kwartiru" i wziąć prysznic. Jak się można domyślić, sąsiedzi nie mają ochoty wpuścić do mieszkania obcego człowieka, proszą, żeby zszedł z balkonu i pytają, kim jest. W odpowiedzi ściąga spodnie i prezentując ich "zawartość", oznajmia, że to jego legitymacja. Na dodatek zaczyna zjadać ogórki, które były w siatce na balkonie, a pozostałymi rzuca we właścicieli mieszkania. Tego już za dużo. Dzwonią na policję. Ta zjawia się natychmiast, wyprowadza mężczyznę, który na komisariacie zaczyna się zachowywać agresywnie, z uporem maniaka prezentuje też swoją " legitymację". Policja informuje później pisemnie sąsiadów, co się stało z zatrzymanym, kim był i dlaczego tak się zachowywał /był pod wpływem narkotyków/.
Obie akcje policji były szybkie i sprawne. Ale w drobniejszych sprawach już nie jest tak różowo.
Policjanci łapią przechodzących przez jezdnię poza pasami, nie zauważając, że kilka metrów dalej samochód za samochodem jedzie ulicą jednokierunkową pod prąd. Sąsiadka zwraca im na to uwagę - odpowiadają niegrzecznie, że nie mogą się rozdwoić. Na sugestię, że większym zagrożeniem dla bezpieczeństwa są kierowcy, a nie piesi, są jeszcze bardziej niegrzeczni. Kobieta macha ręką i odchodzi.
Inna sąsiadka zatrzymuje patrol idący ulicą i pokazuje samochód zaparkowany na skrzyżowaniu. Zasłaniając widoczność, jest zagrożeniem. - A będzie pani świadczyć w sądzie? - pytają, pękając ze śmiechu. Kobieta nieśmiało podkreśla, że może tu dojść do wypadku. Na to słyszy ponownie: - A będzie pani świadczyć w sądzie? Ha, ha, ha!. Jest tak osłupiała zachowaniem stróżów prawa, że boi się zapytać o numer służbowy.
Jest jeszcze dzielnicowy - miły, kompetentny, patroluje swój teren, rozmawiając z ludźmi. Zagląda w różne zakamarki. Widać, że mu zależy na bezpieczeństwie obszaru, za który odpowiada.
Jak porównać zachowanie funkcjonariuszy w opisanych przeze mnie sprawach? Jedni to prawdziwi policjanci, drudzy - chyba jeszcze milicjanci.
A dla panów łapiących pieszych przechodzących przez jezdnię poza pasami mam smutną informację. Radni dzielnicowi odpowiedzieli na apel mieszkańców i tam, gdzie jest wydeptana ścieżka /na zdjęciu/ będzie mały chodniczek dochodzący do nowej zebry. ZIKiT już obejrzał, wymierzył i czekamy na pozytywny efekt naszej kolejnej inicjatywy.
A panowie mili, przepraszam - policjanci, może zaczną łapać jadących pod prąd. Trzeba się będzie schować za krzakiem, ale rezultat zaskoczy przełożonych. Premia gwarantowana!