Na wysokości mojego okna kołysało się leniwie coś, co z pewnością nie było przerośniętym komarem. To był dron.
Ktoś zapewne zapyta - i cóż się takiego stało? To drobiazg, że robiono zdjęcie, czy film, rozzłoszczonego psa i roznegliżowanej baby czytającej książkę. Tylko, że - być może - kilka okien dalej zrobiono zdjęcie komuś, kto nie był w łóżku sam i nie czytał książki, a następnie to zdjęcie wrzucono do sieci.
Sprawa przestaje być śmieszna i wszystko wskazuje na to, że zaczyna się kolejna wojna - tym razem pomiędzy tymi, którzy chcą mieć prawo do swobodnego filmowania wszystkiego co chcą i tymi, którzy nie życzą sobie być filmowani.
Do tego dochodzą kolejne incydenty w pobliżu lotnisk - nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Wystarczy poszukać w internecie. Tu już nie chodzi o prawo do prywatności, ale o zagrożenie bezpieczeństwa.
Unia Europejska pracuje nad przepisami dotyczącymi cywilnego wykorzystania dronów. Plan działań ma być znany - jak twierdzi rzecznik KE - do końca roku. W najbliższych dniach Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego ogłosi w tej sprawie dokument konsultacyjny. Niektóre kraje unijne mają już regulacje dotyczące dronów.
Zanim to nastąpi w Polsce, uprzejmie informuję Szanownego Podglądacza, że kiedy jego dron następnym razem zawiśnie przy moim balkonie, cisnę doniczką. A rzucam bardzo celnie.