Rzeczywiście ministerstwo ma plan, by znacznie ograniczyć populację dzików w Polsce – najchętniej do statystycznej jednej sztuki na tysiąc hektarów. Jednak plan ten realizowany jest przynajmniej od dwóch lat, ostatnie spotkanie w ministerstwie dotyczyło właśnie przyjętych w ubiegłym roku tak zwanych planów gospodarki łownej. Chodziło o to, by myśliwi wykonali założone liczby. W krakowskim okręgu plan ten jest wykonany – odstrzelono w tym roku około 1300 sztuk, ale w poprzednim roku były to już ponad 3 tysiące i, jak mówi łowczy okręgowy Łukasz Strzelewicz, wywiązanie się z planu nie jest proste.
- Doprowadzić do tak niskiego poziomu populacji dzika pewnie się nie uda, a nawet gdyby, to odbudowa nastąpiłaby bardzo szybko. Jest to kwestia dostępności bazy żerowej, wielkoobszarowych upraw, chociażby kukurydzy. Coraz trudniejsze jest też pozyskiwanie przez myśliwych zwierzyny, w tym dzików przez coraz gęstszą zabudowę terenów, które kiedyś były łowieckimi - tłumaczy Strzelewicz.
Naukowcy są w dodatku sceptyczni co do takiego sposobu walki z zagrożeniem Afrykańskim Pomorem Świń. Takie wątpliwości ma na przykład dr Marek Wajdzik z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.
- Nie możemy panikować, że dzików jest za dużo. Liczebność dzików tutaj jest już wystarczająco ograniczona. Mamy doczynienia z pomysłem, żeby rozrzedzić populację tak, by pozostał jeden osobnik na 1000 hektarów. Z punktu widzenia biologii populacja nie ma wtedy prawa egzystować. W innych krajach w ramach walki z ASF, oprócz redukcji dzików, dokonano silnej redukcji trzody chlewnej. Państwo chce płacić myśliwym za strzelanie do loch w tym okresie i to pokaźne kwoty - 600 złotych. Myślliwi tych kwot nie chcą - mówi Wajdzik.
Nie będzie w Małopolsce specjalnych zmasowanych polowań. Dziki mogą więc spać w miarę spokojnie.
(Marcin Friedrich/łk)