Między miastem a prowincją
Punktem wyjścia książki jest historia Aleksandra Bałasza, który w 1946 roku natrafił w krakowskim Domu Medyków na ogłoszenie o zastępstwie lekarskim w Siedliszczu niedaleko Chełma. Miał absolutorium na wydziale lekarskim, ale potrzebował pieniędzy, chciał też zdobyć doświadczenie i przygotować się do egzaminów dyplomowych. Wyjazd był więc jednocześnie decyzją praktyczną i zawodową. Bałasz nie był wyjątkiem. Autor przedstawia grupę ludzi o bardzo różnych życiorysach i wykształceniu. Obok lekarzy pojawiają się położne, felczerzy, nauczyciele, agronomowie i zootechnicy. Część z nich zdobywała wykształcenie w dużych lub średnich miastach, a następnie trafiała w miejsca, które z ich dotychczasowej perspektywy mogły wydawać się prawdziwymi peryferiami. Szczególne znaczenie mieli pracownicy średniego personelu medycznego, między innymi dlatego, że częściej mogli pochodzić z podobnych środowisk i łatwiej decydowali się na osiedlenie na prowincji.
Polska była wtedy krajem nomadów, czyli ludzi, którzy przyjeżdżają i szukają swojego miejsca – mówi Marcin Stasiak.
Bohaterowie jego książki przyjeżdżali z różnych stron i mieli różne doświadczenia. Jednym z przykładów jest Stanisław Bajer, który po wojnie również musiał na nowo ułożyć swoje życie. Nie wszyscy wyjeżdżający na prowincję mieli sprecyzowane wyobrażenia o miejscu, do którego trafiali. Często byli młodzi i po prostu rozpoczynali dorosłe życie zawodowe. Zderzenie z rzeczywistością następowało dopiero na miejscu. Podróż z dworca do docelowej miejscowości mogła oznaczać kilka, a czasem kilkanaście kilometrów pokonywanych konnym wozem. Były to często drewniane, nieogumione koła, tzw. żeleźniaki. Gabinety bywały zniszczone lub pozbawione podstawowego wyposażenia. Prowincja nie była jednak jedynie geograficznym oddaleniem od dużego miasta. Jej powojenny krajobraz naznaczyły również wojna i zagłada ludności żydowskiej. Dawne sztetle straciły znaczną część mieszkańców, a niektóre małe miejscowości, wcześniej będące miasteczkami, funkcjonowały już w zupełnie zmienionej rzeczywistości społecznej.
Najtrudniejszym pacjentem bywa brak zaufania
Ciekawym tematem jest spotkanie profesjonalnej medycyny z ludźmi, dla których lekarz czy położna nie zawsze byli oczywistym elementem codziennego życia. Nie chodzi przy tym wyłącznie o brak wiedzy. Dla części mieszkańców wsi profesjonalna opieka medyczna była po prostu czymś nowym, wcześniej niedostępnym również z powodów ekonomicznych. Dlatego lekarz musiał nauczyć się nie tylko diagnozować, ale również przekonywać. Sama informacja, że choroba zagraża życiu, nie zawsze wystarczała. Szpital mógł kojarzyć się z miejscem, do którego trafia się zbyt późno i w którym umiera się zamiast zdrowieć.
Lekarz musiał mówić językiem osób, z którymi rozmawiał. Jest jeszcze jedna kwestia. Szpital był utożsamiany z miejscem, w którym się umiera – dodaje.
Autor przywołuje historię felczera próbującego nakłonić chorego do wyjazdu do szpitala. Mężczyzna długo odmawiał i ostatecznie trafił tam zbyt późno. Niedługo później podobna sytuacja wydarzyła się w przypadku dziecka. Tym razem zadziałał przykład wcześniejszego przypadku i zdecydowana argumentacja lekarza. Dziecko zostało przewiezione do szpitala i przeżyło. Lekarz musiał mówić językiem swoich pacjentów i rozumieć ich obawy, zamiast zakładać, że autorytet zawodu automatycznie wystarczy.