-
Zdejmowanie znaków SCT zaczyna się jako symboliczny protest, ale szybko przeradza się w kradzież mienia publicznego.
-
Przeciwnicy strefy mieli i mają demokratyczne narzędzia wpływu na decyzje samorządu.
-
Koszty finansowe i prawne takich działań ponoszą wszyscy mieszkańcy, nie tylko protestujący.
-
Narracja o „karze dla biednych” bywa instrumentalizowana politycznie.
-
Brak oznakowania strefy naraża nieświadomych kierowców na mandaty i długotrwałe spory.
- A
- A
- A
Kto niszczy znaki Strefy Czystego Transportu w Krakowie? "Bunt na cudzy rachunek"
Spór o Strefę Czystego Transportu coraz częściej odwołuje się do narracji o „karze dla biednych”, za którą stoją konkretne środowiska polityczne, co może rodzić pytania o intencje i adresatów tego przekazu - zauważa Róża Rzeplińska, szefowa serwisu MamPrawoWiedziec.pl, która była gościnią Radia Kraków. "Jestem zaskoczona, że wzięli to na sztandar politycy Konfederacji, która nie ma praw socjalnych w swoich programach, a nagle mówi o trosce o osoby mniej zamożne" - mówi Rzeplińska.Akcja bezpośrednia czy niszczenie wspólnego dobra?
Róża Rzeplińska interpretuje zdejmowanie znaków Strefy Czystego Transportu jako formę tzw. akcji bezpośredniej – anarchicznego przejmowania wpływu na rzeczywistość publiczną poza procedurami demokracji. Podkreśla jednak, że w przypadku SCT mieszkańcy Krakowa mieli realny wpływ na ostateczny kształt uchwały: strefa została wprowadzona później i w łagodniejszej formie niż pierwotnie planowano. Przekroczenie granicy między symbolicznym protestem a fizycznym przywłaszczeniem mienia publicznego zmienia jednak charakter działań – z obywatelskiego sprzeciwu w czyn podlegający odpowiedzialności karnej.
Na początku to jest taki rodzaj happeningu, obywatele mówią: hej, nam się to nie podoba i zrobimy władzy psikusa. Ale w momencie, kiedy następuje kradzież mienia publicznego, to już nie jest akcja happenerska – to jest kradzież, za którą płacimy wszyscy
- tłumaczy Róża Rzeplińska.
Demokratyczne narzędzia były dostępne
Rozmówczyni przypomina, że sprzeciw wobec SCT mógł – i faktycznie częściowo był – wyrażany w ramach demokratycznych mechanizmów: konsultacji społecznych, spotkań komisji Rady Miasta czy inicjatyw uchwałodawczych. To właśnie te działania doprowadziły do złagodzenia przepisów. Jej zdaniem argument o „trudności” formalnego zaangażowania nie jest przekonujący – mobilizacja w internecie wymaga podobnego wysiłku jak udział w procesach decyzyjnych:
Tak jak kilka osób ściąga tablice, tak samo te kilka osób mogło uczestniczyć w spotkaniach rady miasta czy konsultacjach społecznych i tam zabierać głos. To jest dokładnie ten sam mechanizm.
Rzeplińska zwraca uwagę na realny wymiar finansowy działań przeciwników SCT. Zniknięcie kilkudziesięciu znaków oznacza straty liczone w tysiącach złotych, a w przypadku ustalenia sprawców – możliwość odpowiedzialności karnej, łącznie z karą pozbawienia wolności. Podkreśla też, że za zniszczenia zapłacą ostatecznie podatnicy, jeśli koszty spadną na miasto:
Jeżeli to jest 20 tablic po 600 złotych, to 12 tysięcy złotych piechotą nie chodzi. A to są pieniądze publiczne.
Gościni Radia Kraków krytycznie odnosi się do narracji, według której SCT jest „karą dla biednych”. Zauważa, że argument ten został przejęty przez środowiska polityczne, które na co dzień nie zajmują się prawami socjalnymi. Jej zdaniem warto uważnie przyjrzeć się temu, komu taka narracja faktycznie służy i czy nie przesłania ona potencjalnych korzyści systemowych – lepszej komunikacji publicznej i inwestycji infrastrukturalnych:
Jestem zaskoczona, że wzięła to na sztandar Konfederacja, która nie ma praw socjalnych w swoich programach, a nagle mówi o trosce o osoby mniej zamożne.
Strefa bez znaków – ryzyko dla niewinnych kierowców
Zdaniem Rzeplińskiej demontaż oznaczeń uderza nie tylko w miasto, ale przede wszystkim w osoby postronne – kierowców nieświadomych istnienia strefy. Brak informacji może prowadzić do mandatów, sporów sądowych i roszczeń wobec miasta, których koszty znów poniosą mieszkańcy Krakowa:
To jest narażanie innych obywateli na koszty. Osoby ukarane mogą iść do sądu i powiedzieć: proszę dochodzić tego, który zniszczył znaki – albo miasta, które nie dopilnowało informacji.
Komentarze (26)
Najnowsze
-
21:45
Pobiegł 105 kilometrów na Rysy, by dać innym nadzieję. W Lipniku powstaje Neurośrodek
-
21:23
Śmiertelny wypadek w powiecie olkuskim. Nie żyje 36-letni kierowca
-
19:32
Kto zostanie najlepszym zbójnikiem? Wyjątkowe zawody w Bukowinie Tatrzańskiej
-
18:51
W Mszanie Dolnej zamontowano kolejne fotopułapki
-
17:58
Napad z użyciem niebezpiecznego narzędzia w Starym Sączu. 36-latek aresztowany
-
17:17
Wisła zremisowała z Wrexham w jubileuszowym meczu
-
17:05
Akademia Tarnowska bez nowych kierunków. Zabrakło zgody przed rekrutacją
-
16:23
Ochłodzenie pogorszyło warunki na tatrzańskich szlakach. W najwyższych partiach śnieg i oblodzenia
-
15:41
Ruch zamiast kanapy. Tarnowianie ćwiczyli pod gołym niebem
-
15:03
Bez porozumienia w sprawie wolontariuszy KTOZ. Powstanie nowy regulamin
-
14:11
Radni podnieśli pensję wójta gminy Tarnów. Będzie zarabiał ponad 19,5 tys. zł brutto
-
13:08
Rowerem na Leśne Molo w Starym Sączu. Małopolska na dwóch kółkach
-
13:07
"Schroniłam się pod ciałem mamy". Kraków uczcił pamięć ofiar rzezi wołyńskiej
-
13:06
Urokliwy Stary Sącz z Radiem Kraków podczas Małopolski na dwóch kółkach
-
12:48
Drzewo przewróciło się na rowerzystów i samochód. Utrudnienia na DK49
-
12:42
Ewakuacja 30 podopiecznych DPS w Biskupicach. Powodem zadymienie
-
12:04
Mundial 2026. Hiszpania w półfinale po dramatycznym starciu z Belgią
-
11:31
Premier Tusk: w Warszawie stanie Mur Pamięci ofiar wojen XX wieku w Ukrainie, w tym zbrodni wołyńskiej
-
10:45
Kraków prof. Agnieszki Chłosty-Sikorskiej - Służba zdrowia - odc. 4. - Między zdrowiem a przymusem. Choroby weneryczne w powojennym Krakowie