Fot. PAP/Art Service
Czy Warszawa rozumie specyfikę krakowskiego wyborcy, czy może próbuje narzucić miastu centralne narracje? Czy krakowskie starcie wyborcze to lokalna dogrywka, czy kluczowy sprawdzian dla strategii partii tworzących koalicję rządzącą oraz sygnał, jak mogą wyglądać przyszłe układy sił w Polsce? O powyborczym krajobrazie pod Wawelem rozmawiamy z dr Anną Materską-Sosnowską, politolożką z Uniwersytetu Warszawskiego.
Te krakowskie wybory – ich wynik to dla koalicji rządzącej żółta kartka czy raczej potwierdzenie, że lokalne układy rządzą się własnymi prawami?
Szczerze mówiąc, proszę mi wybaczyć, tak jak lubię Kraków, tak nie przeceniałabym tych wyborów. I tak jak powiedział pan w zapowiedzi, czy czasami nie patrzymy zbyt szeroko na to, co się dzieje? Takie wybory lokalne to specyfika danego czasu i miejsca. To po pierwsze. A w waszym przypadku, z kandydatem Gibałą, ta specyfika jest jeszcze dodatkowo podkręcona.
Jeżeli jest dla kogoś żółta kartka z tych wyborów, to dla partii politycznych w ogóle. Dlatego że okazuje się, iż taka wewnętrzna determinacja, długoletnia, ale jednak determinacja, wygrała i to z ładną przewagą głosów nad partiami. Wszystkie partie tutaj poniosły naprawdę pewną porażkę.
A na ile pani zdaniem podziały albo brak spójności partii tworzących koalicję na poziomie centralnym przełożyły się na ten wynik w Krakowie, jeśli w ogóle?
Nie, absolutnie bym tak na to nie patrzyła. Dlatego że Lewica wystawiła swoje dwie różne kandydatki. Może trochę ta różnica pomiędzy nimi, jak dzisiaj widzimy, przekłada się na dyskusję wewnątrzparlamentarną i na spory pomiędzy liderami. Mieliśmy tego wykwit w zeszłym tygodniu, ale nie wydaje mi się, żeby to był wynik Krakowa. To jest takie trochę mierzenie się i przeciąganie liny, czy wystartują razem, czy nie.
Natomiast o jakiej reszcie niespójności mówimy między PSL-em a Koalicją? No nie, bo wystawili wspólną kandydatkę. Jeżeli patrzymy na PiS, to widać, że nawet nie mając kandydata z Rozwoju Plus, ich kandydat nie wszedł do drugiej tury. Absolutna katastrofa Konfederacji, która nawet nie była w stanie zebrać podpisów. Więc tutaj widzimy, że partie wykazały się pewną słabością.
I jeszcze jedna słabość. Jeżeli miałabym wskazać słabość koalicji rządowej, to to, że nie wystawili optymalnie najlepszej kandydatki czy kandydata. Ale to już są takie personalne kwestie, bym powiedziała.
Czyli pani myśli, że mocniejszy kandydat miałby większe szanse z Łukaszem Gibałą?
Tak, tak. Mocniejszy, zdecydowanie krakowski, zdecydowanie rozpoznawalny, związany i mocno utożsamiany z Krakowem miałby większe szanse.
Niestety nie wierzyłam w jakieś wielkie powodzenie samej pani senator. To nie jest osoba z pierwszych stron gazet Krakowa i bardzo mocno utożsamiana z Krakowem. Już sam Miszalski był takim wątpliwym wyborem dla koalicji rządowej. Natomiast tutaj też.
U większości lokalnych polityków, także części komentatorów, pokutuje takie stwierdzenie, że kto by to nie był, jak bardzo silny kandydat, to właściwie nie miał szans, bo to było pokłosie rządów Miszalskiego. Więc każdy kandydat KO poległby.
Nie wydaje mi się, dlatego że to były za krótkie rządy samego Miszalskiego. To po pierwsze. A po drugie, gdyby tak było, to Rada Miasta również zostałaby odwołana w referendum. A tak się nie stało. Więc jednak bardziej kładę tutaj nacisk na takie absolutnie spersonalizowane wybory.
„Trudno nazwać Gibałę antysystemowcem”
A czy dostrzega pani jakąś słabość mobilizacyjną? Chodzi mi o mobilizację wyborców liberalno-lewicowych albo inaczej – bardzo dużą mobilizację wyborców antysystemowych.
A to wie pan, przepraszam, gdyby pan powiedział „antypartyjne”, to zgoda. Trudno nazwać Gibałę antysystemowcem, jeżeli był posłem Platformy Obywatelskiej, posłem Ruchu Palikota i działa w lokalnej polityce od bardzo wielu lat.
Chociaż tutaj w kampanii taka narracja szła. Domyślam się, że trochę po to, żeby przyciągnąć do siebie bardziej głosy Konfederacji.
Oczywiście. Wie pan, najbardziej to mnie bawi, jak partie prawicowe cieszą się z wyboru pana Gibały. Tak jakby faktycznie był takim prawicowcem i konserwatystą.
No, Ruchu Palikota nikt nie chce pamiętać, zdaje się.
Nawet Platformy Obywatelskiej nie chcą pamiętać. Ważne, że nie KO, tylko ktoś inny.
Wie pan, niestety wybory w Polsce bardzo często są przeciwko, a nie za. I wystarczyła tutaj bardzo silna mobilizacja głosowania przeciwko koalicji, a nie za. I jeżeli mówi pan właśnie o takiej mobilizacji, to pełna zgoda. Jeżeli zgodzimy się, że to było głosowanie przeciwko, a nie za, to też nam się tutaj te kohorty wiekowe pokrywają z takim buntem czy sprzeciwem.
Mhm.
No to jest taka polska specyfika.
Czy krakowskie wybory będą lekcją dla ogólnopolskich partii?
Zapytałem też o ten punkt widzenia warszawski czy też o jakąś lekcję dla koalicji rządzącej. Dlatego że zastanawiam się, czy to w ogóle będzie miało jakieś przełożenie. Może jakieś tarcia na wybory samorządowe do lokalnych sejmików i tak dalej w przyszłości.
To jest ciekawe pytanie, aczkolwiek nie wydaje mi się. Ale to nie znaczy, że na pewno nie.
Dlaczego nie wydaje mi się? Dlatego że jeżeli to są wybory cykliczne, które są powtarzalne, to ja bym tutaj dostrzegła większe poukładanie. I te wasze wybory, wczorajsze i sprzed dwóch tygodni, powinny dać do myślenia wszystkim decydentom partyjnym, że nie można wskazywać takich nienaturalnych kandydatów.
Czyli ci kandydaci, wskazani bardziej centralnie, mogą ponieść porażkę. Dużo bardziej trzeba stawiać na ludzi lokalnych tam, gdzie chce się wygrać wybory. Ci przywiezieni w teczce naprawdę mogą mieć dużo trudniej w wyborach. I nie tylko samorządowych, ale również parlamentarnych.
I to akurat jest absolutny plus, moim zdaniem, takiego naszego, jako wyborców, podejścia do wyborów. Czyli nawet jeżeli wystawiasz wspólnych kandydatów, to musi być to wspólny kandydat, naprawdę taki naturalnie wspólny i najlepszy z tych, którzy są wskazani. A nie tylko dlatego, że tak wskazuje jakaś kalkulacja partyjna, bo na tym można polec.
A myśli pani, że teraz będzie ścieżka dialogu Łukasza Gibały z rządem? Czy to właśnie będzie też takie ucieranie nosa przez koalicję rządzącą nowemu prezydentowi?
Wie pan, nie mam takiej wiedzy, żeby powiedzieć, że tam, gdzie nie ma włodarzy związanych z rządem, dzieje im się gorzej. Raczej to była domena poprzedniej ekipy. Tak robiła, rozdawała wozy swoim.
Natomiast nie wydaje mi się, żeby to była główna determinanta i główne wskazanie, że nie jesteś nasz, to nic z tego. Nie przypominam sobie, żeby prezydent Majchrowski był jakoś szczególnie umiłowany przez jedną z partii albo był członkiem jednej partii.
Prezydent Majchrowski akurat, co jak co, ale umiał budować bardzo szerokie koalicje.
No więc właśnie. To nie to, skąd jesteś, z jakiej jesteś partii, tylko w jaki sposób budujesz większość wokół swojego pomysłu.
A myśli pani, że Łukasz Gibała jest godnym uczniem Jacka Majchrowskiego w tym zakresie?
Proszę pozwolić mi nie wypowiadać się na ten temat, dlatego że kompletnie nie znam pana prezydenta jeszcze in spe. W związku z tym nie wiem.
Gibała, Marsz Równości i poszukiwanie kompromisu
Dzisiaj już na naszej antenie prezydent elekt powiedział coś takiego: „Transkrypcje małżeństw jednopłciowych – tak. Patronat nad Marszem Równości – już nie, bo organizatorzy kojarzą się tylko z jedną opcją polityczną”. Jak to czytać?
Moim zdaniem okej. Przepraszam bardzo, Hanna Gronkiewicz-Waltz, pochodząca z Koalicji Obywatelskiej, a tak naprawdę jeszcze z Platformy Obywatelskiej, dawała zgody na Marsze Równości. Natomiast nie przypominam sobie, żeby dawała patronat albo żeby brała w nich udział. Nigdy na pewno nie brała w nich udziału.
Więc tam, gdzie mówimy o równości i wolności – tak. Natomiast nie musisz wszystkiemu też patronować. I moim zdaniem to jest próba szukania takiego szerokiego kompromisu. Poza tym Kraków to jednak Kraków, a nie Warszawa.
Czy Łukasz Gibała zrealizuje zapowiedzi zmian w Krakowie?
Łukasz Gibała szedł z hasłami rewolucji, jeśli chodzi o spółki miejskie, o sam urząd. Myśli pani, że to się uda? Czy jego kompetencje w starciu z Radą Miasta jednak okażą się niewystarczające?
Z tego, co wiem, to nie ma żadnych takich zweryfikowanych kompetencji w rządzeniu i zarządzaniu, więc powiedzmy, że to są jego pewne pomysły czy plany. Natomiast zderzenie pomysłów politycznych z rzeczywistością dopiero jest przed nim. To po pierwsze.
Po drugie, to niekoniecznie jest tak, że ponieważ to nie jest jego Rada Miasta, to nie uda mu się nic przeprowadzić. Tylko pytanie, w jaki sposób będzie właśnie szukał większości dla siebie i jakie przede wszystkim będą to pomysły.
Bo naprawdę to, co politycy czy kandydaci na jakieś stanowisko obiecują, a jak życie to weryfikuje i jaka jest rzeczywistość, to tutaj myślę, że wszyscy możemy wiele przykładów wskazać.
Stanisław Kracik powiedział nie tak dawno, że nie da się zepsuć miasta w dwa i pół roku. Pani zdaniem?
Da. Oczywiście, że da. I to nie mówię tylko o Krakowie, ale w ogóle można każdą instytucję i każde miasto zepsuć w dwa i pół roku. Bo jeżeli zostawisz to, co gnije, na dwa i pół roku, to za dwa i pół roku może być nie do odbudowania.
Kraków niestety nie jest w jakiejś szczególnie dobrej sytuacji, przede wszystkim finansowej. Ma olbrzymie zaległości. Ważne jest, jaki będzie też pomysł rozwojowy na Kraków.
Wydaje mi się, że te dwa i pół roku naprawdę będą znaczące. I jeżeli Gibała myśli o zdecydowanym zwycięstwie za dwa i pół roku, to naprawdę ma bardzo mało czasu. Bo to nie jest tak, że przez dwa i pół roku może siedzieć z założonymi rękami i mówić: „No nic się nie da, bo za krótko byłem”.
Nie. Złożył tyle różnych obietnic, że będzie musiał się wykazać. Po pierwsze próbą dobrego sprawdzenia, co jest, jak jest, i próbą wyjścia z sytuacji, kiedy zna już wszystkie dane.
Więc to będzie dla niego ciężki, ciężki czas. Oczywiście nie wybuduje metra w dwa i pół roku. Ale pytanie, jeżeli będzie mówił o metrze, to jak zaawansowane będą plany. I oczywiście nie mówię tylko w sensie dosłownym, ale również w przenośni.
Gościem Radia Kraków była dr Anna Materska-Sosnowska, politolożka z Uniwersytetu Warszawskiego.