Nienajlepsze wieści dla Koalicji Obywatelskiej i dla Koalicji 15 października płyną z Częstochowy. Po Krakowie – Częstochowa. Po referendum został tam odwołany prezydent wywodzący się z Nowej Lewicy. To chyba nie jest najlepszy sygnał przed wyborami parlamentarnymi w przyszłym roku?
- Nie można porównywać tych referendów. W Częstochowie były zarzuty prokuratorskie związane z korupcją. W Krakowie były błędy prezydenta i to się zemściło. W Częstochowie odwołano też Radę Miasta. To poważniejsze zastrzeżenie do funkcjonalizacja organów samorządowych. Zobaczymy. Teraz prezydent Matyjaszczyk miał zakaz wstępu do urzędu. Miasto było sparaliżowane. Dobrze, że to zostało przecięte.
Oczywiście trudno porównywać sytuację w Częstochowie do tego, co było w Krakowie. Tam, tak jak pan mówił, zakaz wstępu do urzędu miał prezydent. Na pewno opozycja to jednak wykorzysta jako zapowiedź zmiany, którą mogą przynieść wybory parlamentarne, które odbędą się dokładnie za rok.
- Biorąc pod uwagę ilość zarzutów prokuratorskich dla PiS, ja bym tego tak nie podnosił.
Odejście z rządu Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz stanie się, czy też powinno się stać, początkiem głębszej rekonstrukcji rządu?
- Nie sądzę, żeby doszło do głębszej rekonstrukcji. Zastrzeżenia co do pani minister były od miesięcy. Ona straciła zaufanie swoich współpracowników. Te zarzuty i pretensje przekładały się na rząd. Jest uznawana jako osoba kompetentna w kwestiach środków unijnych, ale jej charakter powodował konflikty z wieloma osobami. Niestety była krytyczna wobec niektórych innych ministrów i polityki rządu. Członek rządu nie powinien być krytyczny wobec własnych partnerów. Błędem jest, że my teraz wyciągamy wszystkie żale i pretensje, wychodzą nagrania. To nie jest potrzebne. To była jej decyzja, sama zrezygnowała. Musimy iść do przodu. Zamknijmy ten rozdział. Mam nadzieję, że pan prezydent przyjmie ślubowanie od nowego ministra.
Donald Tusk mówi, że ma dwóch kandydatów na to stanowisko. Pan zna nazwiska?
- Nie znam. Pan premier sam decyduje, kogo powoła na stanowisko. Poczekajmy. Pytanie, czy faktycznie po zapowiedzi marszałka Hołowni, jak nie będzie to kandydat Polski 2050, pozostali członkowie tego ugrupowania odejdą z rządu? Myślę, że to byłby błąd. Nie zapomnijmy, że umowa koalicyjna została podpisana, kiedy klub parlamentarny Polski 2050 liczył ponad 30 osób. Teraz to ledwo 15 osób. Siła tego ugrupowania nie powinna powodować, że warunki podpisane na początku kadencji obowiązują do tej pory. Jak nadal będzie jeden minister, czyli pani minister kultury i wielu wiceministrów, to potwierdza pozycję Polski 2050 na rynku politycznym.
Premier mówił, że to bezpartyjna osoba. Czyli rozumiem, że pana ocenie Polska 2050 nie powinna się już przywiązywać zbytnio do tego Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej?
- Nie powinna. Ważniejsze jest, żeby osoba, która będzie tam desygnowana, była bardzo kompetentna. Mamy nową perspektywę w Unii, mamy co wydawać. Teraz to będzie najważniejsze, jak dobrze wykorzystywać jedne z ostatnich pieniędzy unijnych.
Szef rządu nie gryzł się w język. Mówi pan, że powinniśmy zostawić to, co było między Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, a innymi przedstawicielami rządu, ale premier Tusk mówił, że dobrze się stało i krzyż na drogę.
- Krzyż na drogę kończy dyskusję. Tak się mówi. Zasłona milczenia na resztę.
Łatwiej będzie teraz bez Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz?
- Nie wiem. Nie jestem członkiem rządu. Nie wiem, jak wyglądały bezpośrednio te relacje.
Ale też nie można zarzucić bezczynności byłej pani minister, biorąc pod uwagę choćby obecny kształt przepisu o najmie krótkoterminowym. Akurat dla nas w Krakowie to jest istotne.
- Tak. To nie była jej domena, żeby się tym zajmować. Więcej do powiedzenia miało Ministerstwo Sportu i Turystyki. Pieniądze z KPO zostały jednak rozdysponowane, umowy były. Jak mam to tak oceniać, ona spełniła swoją rolę. Chwali się innymi dokonaniami. Można też podkreślić, że wpłynęła na przepisy, które umożliwiają zainteresowanym analizę cen deweloperów. To był jej projekt, dowiozła go.
Jednym z powodów odejścia z rządu miała być sprawa zniesienia dwukadencyjności, choć akurat głosowanie przebiegło po pomyśli byłej pani minister. Tymczasem premier Tusk zapowiada powrót do idei zniesienia dwukadencyjności. Rozumiem, żeby zadowolić Ludowców?
- Dwoma głosami to głosowanie zostało przegrane. Nie było trzech posłów z rządu – premiera Tuska, Andrzeja Domańskiego i Adama Szłapki. Oni by wystarczyli. Ja mam tu mieszane uczucia. Proponowałem kompromis, ale nie było zainteresowania. Ja uważam, że przy dwukadencyjności można dopuścić sytuację, w której samorządowiec, który uzyskuje w pierwszej turze 51%, mógłby zostać na trzecią kadencję. To pokazuje, że on się sprawdził. Mieszkańcy by zdecydowali. To było dla mnie rozsądne, ale nie było tego ostatecznie na stole. Zobaczymy, czy dojdzie do zmian w ustawie przygotowanej. Wydaje się, że po powrocie premiera, sytuacja może się zmienić. Tłumaczenie, że kilka osób zagłosowało za i dlatego pani minister odchodzi, jest dziwne. Jakby doszło do zmiany ustawy, można by było tak powiedzieć. Ona się przygotowywała, że rzuci papierami, jak ta ustawa przejdzie? Tak się nie stało. Teraz jest narracja taka. To nielogiczne.
Pan ma mieszane uczucia co do idei zniesienia kadencji. Nie chciałby pan, żeby 22 lata w Krakowie rządził Łukasz Gibała?
- Ostatnie referenda pokazują, że jak ludzie mają duże pretensje, jest instrument, żeby prezydenta odwołać. Sytuacja, gdy zakazujemy dobremu włodarzowi… Jest przykład prezydenta Warszawy. Jest świetnie oceniany. Zgodnie z tą ustawą trzeciej kadencji nie będzie mógł piastować.
Czyli Aleksander Miszalski sobie zasłużył? Taki wniosek wyciągam z tego, co pan mówi.
- Zarzuty wobec prezydenta Miszalskiego nie były aż tak poważne, żeby zapłacił cenę tak wysoką.
Jak pan ocenia te pierwsze decyzje prezydenta Gibały? Obcięcie sobie wynagrodzenia, likwidację departamentów, które wprowadził poprzednik. Przez 22 lata Jacek Majchrowski nie potrzebował departamentów.
- Nie było to najlepsze rozwiązanie. Jak się wchodzi do urzędu milionowego miasta po 20 latach rządów prezydenta Majchrowskiego, próbuje się zmienić nieco strukturę. Nie wiem, czy to był dobry pomysł. Nie sprawdził się jak widać. Łukasz Gibała to likwiduje. Było 8 departamentów, potem 6, teraz wszystkie zostały zlikwidowane. Kolejna decyzja ws. biletu 20-minutowego. To był największy błąd Aleksandra Miszalskiego.
Czyli na razie dobra zmiana?
- To się okaże. To propozycje prezydenta, ale Rada nie została odwołana. Większość go nie wspiera. On musi przeprowadzić te rzeczy przez Radę Miasta. Jest też sprawa...
Personalia, czyli wiceprezydenci, zastępcy prezydenta.
- Tak. To było duże zaskoczenie, poza Janem Hoffmanem. Od początku to był model jak z prezydentem Mazurem. On uznał, że jego notowania są małe, poparł Aleksandra Miszalskiego. Tu było podobnie. Jest zastępcą.
Poza tym są fachowcy, jeden teoretyk i praktyk.
- Tak. Karol Wałachowski pojawił się jako doradca nieco wcześniej, jest pierwszym wiceprezydentem. Pani Kois-Żurek z urzędem przez lata miała relację. Była dyrektorką wydziału w Urzędzie Miasta. To osoba kompetentna. Zajmie się tym, co robiła do tej pory.
Czyli na razie pozytywnie?
- Zostaje jedno miejsce, jeden wakat. Zwykle było 4 wiceprezydentów.