W poszukiwaniu braku śladów
Postanowiłam, że Hitler nie może dalej zwyciężać. Trzeba tej pamięci szukać, odkrywać, dawać imiona, pisać o zagładzie, ale także o życiu, anegdotach, o pięknych ludziach – mówi Ewa Mańkowska.
To właśnie to przekonanie stało się impulsem do kilkuletnich poszukiwań śladów Żydów i Romów mieszkających przed wojną w łemkowskich wsiach Beskidu Niskiego. Autorka od lat mieszka w regionie. Z czasem zaczęła dostrzegać, że w opowieściach o jego historii pojawiają się jedynie urywki informacji – wzmianka o "żydowskiej karczmie", "żydowskiej chyży", pojedyncze nazwiska lub niepewne wspomnienia. Im bardziej zagłębiała się w temat, tym wyraźniej widziała, że pamięć o dawnych mieszkańcach została niemal całkowicie zatarta.
Roboczy tytuł nowej książki brzmi "W poszukiwaniu braku śladów". Paradoksalnie właśnie brak miał być punktem wyjścia. Wielu ostrzegało autorkę, że nie znajdzie już żadnych informacji. Tymczasem okazało się, że mieszkańcy wsi czekali na kogoś, kto wreszcie zapyta. Ewa Mańkowska rozpoczęła swoje badania od rozmów z mieszkańcami gmin Uście Gorlickie i Ropa. Bardzo szybko odkryła, że pamięć o dawnych sąsiadach przetrwała w rodzinnych opowieściach.
Właściwie czekano na mnie. Część osób chciała wyrzucić z siebie to, co niosła, ten bagaż po rodzicach, czasami potwornych historii, a czasem pięknych. Słyszałam: "Wreszcie ktoś przyszedł, chcemy o nich opowiedzieć", "Jest pani pierwsza" – dodaje.
Wielu rozmówców przyznawało, że przez całe życie nosili w sobie opowieści przekazane przez rodziców i dziadków. Teraz chcieli je wreszcie komuś przekazać.
Pamięć trzeba sprawdzać
Relacje świadków są jednak dopiero początkiem pracy. Każde wspomnienie Ewa Mańkowska konfrontuje z dokumentami odnajdywanymi w archiwach, publikacjach oraz zbiorach instytucji zajmujących się dokumentowaniem historii zagłady, między innymi w Yad Vashem, Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie czy archiwach Instytutu Pamięci Narodowej. Pamięć bywa zawodna. Jedna osoba potrafi "umierać" w opowieściach kilka razy, za każdym razem w innych okolicznościach. Te same wydarzenia mają po kilka wersji.
Są też różne anegdoty, jest wiele mitów, stereotypów, więc ja je zachowuję. Traktuję to jako reportaż i jako opowieść o zdeformowanej pamięci – mówi.
Autorka nie ma wątpliwości, że trwa wyścig z czasem. Osób pamiętających przedwojenną Łemkowszczyznę jest już bardzo niewiele. Jednak równie ważna okazuje się pamięć przekazywana kolejnym pokoleniom. To właśnie dzieci i wnuki dawnych mieszkańców prowadzą dziś badaczkę do nieoznaczonych mogił, pokazują miejsca egzekucji i opowiadają historie zasłyszane od rodziców. Nazywa to "pamięcią wędrującą". Ta pamięć wyjechała wraz z wysiedlonymi Łemkami podczas Akcji "Wisła", trafiła na Dolny Śląsk, do Legnicy czy Międzyrzecza, a po latach wraca do Beskidu Niskiego. Bywa niepełna, zniekształcona, czasem przypomina bardziej baśń niż historię. Często rodziny przez dziesięciolecia powtarzały dzieciom, że dawni żydowscy sąsiedzi wyjechali do Ameryki. Dopiero archiwa pokazują, że ich droga zakończyła się w Bełżcu albo w lesie, gdzie do dziś znajdują się nieoznaczone mogiły. Materialnych śladów jest niewiele.
Po Żydach i Romach została przede wszystkim trawa, powietrze i kamienie – dodaje.
Zachowało się zaledwie kilka wyjątkowych przedmiotów. W Kunkowej przechowywany jest nóż pozostawiony przez żydowskiego uciekiniera z obozu, który przez dwa tygodnie ukrywał się w stodole. W Gładyszowie ocalał piec do palenia kawy zbożowej z dawnej żydowskiej karczmy. Są też miejsca. Schody prowadzące niegdyś do domu modlitwy w Śnietnicy, które dziś kończą się wśród chmur. Kilka dawnych chyż, przeniesione domy. To wszystko, co pozostało po społecznościach współtworzących przez dziesięciolecia życie Łemkowszczyzny.