Zaczęło się od twardego wojskowego konkretu. Minister obrony narodowej oficjalnie powiedział: „Wojsko wyłowiło z Bałtyku maszynę”. Na autentycznych zdjęciach widać obiekt z żółtymi napisami i rosyjską cyrylicą, podobnymi do oznaczeń, które Rosjanie umieszczają na swoich dronach typu Gerbera. Takich samych, które wcześniej naruszały przestrzeń powietrzną u nas czy w państwach bałtyckich. Sytuacja była poważna, ale wtedy do gry weszła radosna twórczość internetowa.
Ktoś wziął sprawę w swoje ręce, odpalił sztuczną inteligencję albo program graficzny i dopisał białą farbą polski prefiks „SP”, czyli oznaczenie znane choćby z awionetek aeroklubowych. Powstał cyfrowy potworek, który media, w tym duże stacje telewizyjne, podchwyciły błyskawicznie.
Co gorsza, generał na antenie telewizji ocenił tę fałszywkę jako nowoczesny polski dron uderzeniowy. Eksperci od grafiki łapali się za głowy, kancelaria premiera biła na alarm, a w sieci zaczęły krążyć teorie spiskowe, że znowu ktoś nas okłamuje. No bo przecież to nasz sprzęt.
To jest chyba najsmutniejsze w tej historii. Wcale nie potrzebujemy rosyjskich botów, żeby wywołać panikę. Nasi rodzimi twórcy internetowi i, niestety, bezmyślne powielanie materiałów przez tradycyjne media zrobiły całą robotę.
Fotografia w końcu zniknie, dementi pójdą w świat, ale w głowach wielu ludzi zostanie posmak nieufności: „E tam, wyłowili, nie wyłowili. Wiadomo, że nas okłamują”.
Dlatego na przyszłość proponuję prostą zasadę: zanim uwierzymy, że polskie wojsko testuje drony z cyrylicą namalowaną przez algorytm, zróbmy głęboki wdech i sprawdźmy źródła. Bo w morzu internetowych bzdur naprawdę łatwo utonąć szybciej niż w Bałtyku.