Zdjęcie ilustracyjne/ Fot. Pexels.
Czego dowiesz się z tej rozmowy:
- Ciężka choroba i lęk mogą sprawić, że nawet świadomi pacjenci rezygnują z leczenia opartego na wiedzy medycznej.
- Pseudomedycyna wykorzystuje desperację chorych, oferując proste odpowiedzi na bardzo trudne diagnozy.
- Michał Janczura uważa, że określenie „medycyna alternatywna” jest mylące i zaciera granicę między nauką a niesprawdzonymi metodami.
- Nowelizacja ustawy ma umożliwić skuteczniejsze reagowanie wobec osób oferujących niebezpieczne pseudoterapie.
- Rozmówca podkreśla, że celem nowych przepisów powinno być przede wszystkim zapobieganie tragediom, a nie wyłącznie karanie ich sprawców.
Posłuchaj rozmowy Patryka Kubiaka z Michałem Janczurą.
Dlaczego ludzie rezygnują z leczenia, choć znają diagnozę i wiedzą, że ich życie jest zagrożone? Michał Janczura, dziennikarz śledczy i autor seriali poświęconych pseudomedycynie, tłumaczy, że w takich decyzjach nie chodzi o brak wiedzy, ale o lęk, desperację i nadzieję.
Desperacja potrafi odebrać zdolność racjonalnego myślenia
Michał Janczura zwraca uwagę, że osoby ciężko chore często nie podejmują decyzji pod wpływem niewiedzy. Przeciwnie – bywają wykształcone, świadome swojej diagnozy i dobrze rozumieją sytuację. Choroba wywołuje jednak tak silny lęk, że człowiek zaczyna szukać każdej, nawet najmniej prawdopodobnej szansy na ratunek.
Dziennikarz przywołuje historię 40-letniej kobiety chorej na raka jajnika, która zrezygnowała z leczenia onkologicznego na rzecz pseudoterapii. Przed śmiercią przyznała, że nie potrafi już zrozumieć własnych decyzji. To doświadczenie pokazuje, że w skrajnych sytuacjach emocje mogą całkowicie zdominować logiczne myślenie.
Rozmówca podkreśla, że osoby oferujące niesprawdzone terapie wykorzystują ludzką desperację. Obiecują skuteczne leczenie nowotworów, bezpłodności czy innych ciężkich chorób, proponując metody, które nie mają żadnych podstaw naukowych.
Janczura przypomina historie opisane w swoich śledztwach: diagnozowanie przez media społecznościowe, leczenie raka tamponami nasączonymi chińskimi ziołami, nakłuwanie narządów rodnych kobiet w terapii bezpłodności czy urządzenia, które rzekomo wykrywają choroby wiele lat przed pojawieniem się objawów. Jak tłumaczy, z perspektywy zdrowej osoby takie praktyki wydają się absurdalne, ale dla chorego stają się ostatnią deską ratunku.
Nie ma „medycyny alternatywnej”. Albo coś działa, albo nie
Janczura zdecydowanie odrzuca określenie „medycyna alternatywna”, bo takie sformułowanie sugeruje istnienie dwóch równorzędnych dróg leczenia, podczas gdy skuteczność metod medycznych powinna opierać się na dowodach naukowych.
Dlatego uważa, że niesprawdzone terapie nie powinny korzystać z autorytetu słowa „medycyna”. W jego przekonaniu wiele z nich opiera się wyłącznie na obietnicach i wierze pacjentów:
Albo coś jest medycyną, albo medycyną nie jest. Medycyna alternatywna znaczy nie-medycyna.
Rozmówca przypomina, że dotychczas osoby oferujące pseudoterapie pozostawały poza realnym nadzorem Rzecznika Praw Pacjenta. Instytucja mogła kontrolować lekarzy i placówki medyczne, ale nie osoby prowadzące działalność poza systemem ochrony zdrowia.
Dlatego pozytywnie ocenia kierunek zmian proponowanych w nowelizacji. Zastrzega jednak, że o skuteczności nowych przepisów będzie można mówić dopiero wtedy, gdy zaczną działać w praktyce. Najważniejsze jest dla niego stworzenie mechanizmu, który odstraszy osoby zarabiające na cudzym nieszczęściu.
Jak poszliśmy do człowieka, który leczył nowotwór własnej produkcji suplementami, to Rzecznik Praw Pacjenta nie bardzo mógł zadziałać. Zostawała tylko prokuratura.
%artiicle_3724442%
Chodzi o ochronę ludzi, a nie walkę z ziołami
Wokół projektu ustawy narosło wiele nieporozumień - mówi Janczura. I przypomina, że w nowych przepisach nie chodzi o zakaz ziołolecznictwa ani ściganie osób przekazujących sobie domowe sposoby na przeziębienie czy ból głowy - celem ustawy jest przede wszystkim ograniczenie działalności osób, które obiecują leczenie ciężkich chorób bez żadnych podstaw medycznych i czerpią z tego zyski.
- Wierzę w to, że jakieś regulacje muszą istnieć przede wszystkim po to, żeby odstraszać, a nie po to, żebyśmy potem ścigali kogoś, bo ktoś inny nie żyje - uważa dziennikarz.