Dzieje się dokładnie to, co w starym dowcipie. Chcemy mieć ciastko, zjeść ciastko, a na koniec napisać w sieci donos na cukiernika. Badanie "Dezinformacja oczami Polaków" idealnie punktuje nasz stan umysłu. Ponad połowa z nas domaga się - błagam, usuwajcie te głupoty. Jednak niemal tyle samo osób krzyczy - tylko wara od wolności słowa.
Komu powierzyć rolę czyściciela? Przecież nie państwu, bo instytucjom z definicji nie ufamy. Może technologicznym gigantom? Oni z kolei ze swoich serwerowni w Dolinie Krzymowej czy Azji patrzą na nasze awantury z uśmiechem, licząc kliknięcia.
A kłócimy się koncertowo. Już co piąty z nas pokłócił się z bliskimi przez bzdurę przeczytaną na tablicy. Wyobraźmy sobie ten niedzielny rosół. Wujek rzuca łyżką, bo wyczytał, że każdy elektryk wybucha na zakręcie. Kuzyn z powagą profesora ogłasza, że GMO zmienia nam DNA w trakcie trawienia schabowego. Statystyki? Co dziewiąty z nas wierzy w niemal każdą teorię spiskową krążącą w sieci, a słyszało o nich aż dziewięciu na dziesięciu Polaków.
Tu dochodzimy do ponurej puenty. Prawie połowa z nas uważa takie manipulacje za zagrożenie równe atakowi zbrojnemu. Kto za tym stoi według samych badanych? Nasi rodzimi politycy na spółkę z armią botów i influencerów. W mediach społecznościowych zaczyna być po prostu więcej syntetycznego bełkotu niż wpisów żywych ludzi. Choć chcielibyśmy, żeby ktoś nas od tych trolli odciągnął, np. potwierdzając tożsamość bez ujawnienia nazwiska, to przy weryfikacji faktów wciąż tylko machamy ręką.
Zanim przy następnym niedzielnym obiedzie podniesiemy ciśnienie sobie i wujkowi, weźmy głęboki oddech. Jeśli jakiś post w telefonie wywołuje w nas natychmiastową wściekłość, najpewniej nie napisał go żaden człowiek, tylko algorytm zaprogramowany tak, żebyśmy wylewali emocje. A na to szkoda i nerwów, i dobrego rosołu.