Pierwsze lody wodne spożywałem na początku lat 90., kiedy w moim mieście się pojawiły. Żadna rewelacja, ale to było coś zupełnie nowego. Rewelacją były zaś - rzecz jasna - lody bambino. Większość wybierała między klasycznym, śmietankowym, a tym w polewie czekoladowej. Te drugie były smaczniejsze, ale na upale czekolada dość szybko schodziła, brudziła palce i ubranie. Dlatego często, dla świętego spokoju, brało się te pierwsze.
Hitem były jednak - przez pewien czas - bambino o smaku pistacjowym. Nie białe, nie brązowe, a lekko zielonkawe.
To były czasy, kiedy z domu wychodziło się już po 7.00 rano. W oczekiwaniu na przyjście reszty podwórkowej bandy szło się do sklepu pana Cudzika, o wdzięcznej nazwie Smerf. To pierwszy nowoczesny sklep spożywczy po upadku komunizmu, połączony z minikawiarnią. Można tam było kupić rurkę z kremem lub galaretkę w pucharku i zjeść przy stoliku. Pan Cudzik do tej pory nazywany jest na osiedlu Panem Smerfem, mimo że sklepu już dawno nie ma (w jego miejscu jest teraz piekarnia).
No więc u pana Cudzika codziennie kupowało się pistacjowego bambino i... puszkę coca-coli z ludzikiem z mistrzostw świata Italia 90. To były pierwsze puszki coca-coli w nowej Polsce.
Po spożyciu loda i wypiciu napoju przychodzili inni i wszyscy szliśmy pograć w piłkę. Ta 7.00 rano była odpowiednią godziną i to nie ze względu na upał. Po prostu trzeba było zająć sobie boisko. U nas na osiedlu były aż trzy. I o wszystkie trzeba było walczyć. Najczęściej kończyło się tym, że przyszli starsi chłopcy, więc koniec końców i tak lądowaliśmy na trawniku przed blokiem, ku rozpaczy mieszkańców sąsiedniego bloku, którym na zieleniec wychodziły balkony.
Komputera nikt nie miał, w telewizji o poranku były nudy, więc w domu nikt nie siedział. Jedynie po południu, w czasie obiadu, oglądało się "Lato leśnych ludzi", "Grubego", albo Tolka Banana, czyli legendarne wakacyjne seriale.
Wyjątkiem był rok 1994, bo właśnie rano rano szły skróty meczów z mistrzostw świata w USA. Nie każdy mógł siedzieć po nocy i oglądać transmisje na żywo.
To wtedy kupiłem sobie w sklepie jaskrawo-kolorowy komplet: podkoszulek i spodenki, aby wyglądać jak słynny bramkarz reprezentacji Meksyku, Jorge Campos. A kolega znalazł w sklepie z tanią odzieżą koszulkę reprezentacji Niemiec. Potem poszedł do papierniczego, kupił samoprzylepne literki i wykleił sobie na plecach nazwisko Klinsmann.
To właśnie dlatego rozumiałem, co mówiła do mnie ładnych parę lat później legenda krakowskiej piłki Kazimierz Kmiecik, który wyjaśniał, skąd fenomen Orłów Górskiego. "Po prostu myśmy każdą wolną chwilę spędzali na grze w piłkę. Po szkole szło się na boisko i przeganiał nas stamtąd tylko zapadający zmierzch, kiedy już nie było widać piłki". Wtedy, w latach 60. i 70., nie było akademii piłkarskich i opracowanych skrzętnie programów szkolenia młodzieży.
Dziś na trzy osiedlowe boiska mogę przyjść z moimi dziećmi o każdej porze. Możemy zagrać nawet na dwie bramki. Wyjątkiem jest wczesny wieczór i niedzielne przedpołudnie. Wtedy orlika wynajmują pracownicy fabryki, byli piłkarze lig regionalnych i kibice Wisły Kraków, co to się skrzynęli, żeby pograć w piłę.
Dorośli grają tam zdecydowanie częściej niż dzieci...