26-letni sprawca sobotniego wypadku został doprowadzony do prokuratury. Jeśli Hubert B. usłyszy zarzut spowodowania śmiertelnego wypadku, grozi mu maksymalnie 8 lat więzienia. Badanie alkomatem na miejscu wypadku nie wykazało obecności alkoholu w wydychanym przez 26-latka powietrzu. Pobrano mu krew do dalszych badań.
Śledczy przekazali, że najprawdopodobniej przyczyną tragedii była nadmierna prędkość. W miejscu, gdzie Hubert B. stracił panowanie nad samochodem, wypadł na chodnik i uderzył w ludzi, obowiązuje ograniczenie do 30 km/h.
Radio Kraków ustaliło, że Hubert B. chciał pochwalić się swoim pasażerom odgłosem wydechu w samochodzie. 26-latek miał nie opanować auta na nierównościach jezdni.
Do tragicznego wypadku doszło w rejonie zakrętu ulic Solnej i Nadwiślańskiej, w Podgórzu w Krakowie, w sobotę przed godz. 18. – Kierujący samochodem marki Volkswagen stracił panowanie nad pojazdem prawdopodobnie z uwagi na nadmierną prędkość. Zjechał z jezdni i wjechał na chodnik, gdzie uderzył w dwie dorosłe osoby prowadzące wózek z 8-miesięcznym dzieckiem – powiedział w niedzielę PAP prokurator Mariusz Boroń z Prokuratury Okręgowej w Krakowie, powołując się na ustalenia biegłego z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych.
Rodzice dziecka, oboje w wieku 32 lat, zmarli w szpitalu mimo podjętych przez medyków działań. Niemowlę walczy o życie, jest w stanie ciężkim. Ze wstępnych informacji policji wynika, że ofiary były mieszkańcami województwa małopolskiego.
W samochodzie, który uczestniczył w wypadku, oprócz 26-letniego kierowcy, było troje pasażerów w wieku od 27 do 28 lat. To mieszkańcy województw mazowieckiego i małopolskiego.
Prokurator zaznaczył, że policja zgromadziła duży materiał dowodowy, w tym zeznania świadków.
Głos w tej sprawie zabrali także okoliczni mieszkańcy. Podkreślają, że już od kilku lat apelowali do krakowskiego magistratu o uspokojenie ruchu w tym rejonie np. poprzez wprowadzenie szykan. "Tu trzeba wprowadzić kolejne ograniczenia, bo kierowcy notorycznie łamią przepisy" - mówią. Lokalna społeczność zaznacza, że problem z pędzącymi kierowcami jest znany na Zabłociu od lat.
- Miejmy nadzieję, że teraz jakoś to uregulują. Może jakieś progi zwalniające tutaj wstawią? Nie może tak zostać. Rozpędzić się aż tak tutaj jest trudno. Chodzę tu z dzieckiem na spacer, strach jest wyjść z domu. Nie tylko tutaj. Dwa tygodnie temu obok parku Stacja Zabłocie obok przejścia ledwo przejechali. Niestety to była kwestia czasu. Przykre, że musiało do tego dojść - podkreślają.