Do studia dotarł Krzysztof Głuchowski, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego. Dzień dobry.
- Dzień dobry.
Tak energicznie cię przedstawiam, a tymczasem już za rok o tej porze możesz dyrektorem Teatru Słowackiego nie być. Zaskakująca jest decyzja twoich organizatorów – Ministerstwa Kultury i władz województwa – o zamiarze ogłoszenia konkursu. Nie spodziewałeś się tego, podobnie jak my i, jak sądzę, większość twoich widzów.
- Dyrektorem się bywa. Jestem dwudziestym dyrektorem Teatru Słowackiego, więc nie zakładałem, że będę nim dożywotnio. Chociaż było paru takich dyrektorów, którzy umarli w tym teatrze albo niedaleko, w hotelu.
Na stanowisku.
- Nigdy mi o to nie chodziło. Trzyma mnie w teatrze bardziej poczucie obowiązku, szczególnie teraz, w dosyć trudnej sytuacji Słowackiego. Mamy wielką inwestycję, wielki remont, wielkie przeobrażenia teatru, zamknięcie dużej sceny...
Są takie zwyczaje, że szefów instytucji się nie zmienia, szczególnie w trakcie remontu. Pomijam na razie sprawy artystyczne.
- Ale teatr jest chyba w bardzo dobrej kondycji, pod każdym względem. Nie zmienia się trenerów zwycięskich drużyn, nie robi się im konkursu, kiedy odnoszą zwycięstwa. Nie wymienia się też prezesów czy zarządów spółek, kiedy przynoszą zyski; takie mam wrażenie. Ale może w naszym świecie jest jakoś inaczej. Ale nie o to chodzi, nie skarżę się. Zapytałaś, czy się spodziewałem - nie. Nie spodziewałem się, że tak zrobi ministerstwo.
"To znaczy, że ktoś mnie nie chce"
Justyna Nowicka: No właśnie...
- Ściślej mówiąc, że się na to zgodzi. Wygląda to tak, że władze województwa pytają ministerstwo, czy mogą zrobić konkurs, i widocznie dostały przyzwolenie. Tego się nie spodziewałem. Wydawało mi się, że nie oddamy tak łatwo tego teatru...
Justyna Nowicka: Którego broniłeś, na którego czele stałeś mimo ogromnych kosztów, także osobistych, bo pamiętam nasze rozmowy...
- Przepraszam, że ci wchodzę w słowo, ale nie chcę tego nurtu kombatanckiego. Wyraźnie powiedziałem to też na konferencji prasowej, na której byłaś. Nie chcę, żeby było wrażenie, że używam szantażu: ja się tu nacierpiałem, przez ostatnie lata tkwiłem tutaj jako strażnik, powiernik pierścienia, dźwigałem brzemię. Tak oczywiście było, ale nie o to chodziło. Sam tego chciałem.
To może po prostu weź udział w tym konkursie?
- Nie, bo już brałem udział w takim konkursie. Pamiętasz?
Justyna Nowicka: Oczywiście, że pamiętam.
- Wiem, jak wyglądają te konkursy.
Wygrałeś go.
- Jestem członkiem zarządu Unii Teatrów Polskich. Cały czas walczymy, staramy się o zmianę ustawy i stworzenie ustawy o teatrach. Mówimy, że konkursy są źle zorganizowane. Przepisy dotyczące ich organizowania są skonstruowane tak, że w komisji może być właściwie każdy.
Nie wybitni eksperci?
- Nie. Najczęściej są to urzędnicy.
Powoływani...
- Powoływani przez organizatora. W dziewięcioosobowej komisji w zasadzie sześć głosów ma organizator. Po co więc mam brać w tym udział, skoro konkurs jest organizowany, żebym go nie wygrał? Bo po co robić konkurs? Pomyślmy logicznie.
Teatr odnosi sukcesy właściwie pod każdym względem – finansowym, frekwencyjnym, PR-owym. Sama wiesz, że dostać bilet do Teatru Słowackiego nie jest łatwo (nawet pół roku wcześniej). Zajmujemy stanowisko w wielu ważnych sprawach, robimy poważne przedsięwzięcia, jesteśmy liderem w wielu obszarach, począwszy od edukacji, a skończywszy na kulturze wrażliwej. I właśnie w tym momencie robi się konkurs, nie pozwala dokończyć procesów, inwestycji i remontów gigantycznego obszaru, które sam zapoczątkowałem i prowadzę od paru lat. To znaczy, że ktoś mnie nie chce. Po co robić konkurs, kiedy ma się kogoś takiego?
Jestem za konkursami, bo ty też wygrałeś konkurs i dzięki temu zostałeś kiedyś dyrektorem teatru.
- Też jestem za konkursami, wygrałem ich kilka. I nie chcę, żeby powstała fałszywa narracja, że jest inaczej. Tylko że ustawa przewiduje dwa tryby i nie wskazuje, który z nich jest ważniejszy. Jednym jest powołanie dyrektora bez konkursu.
I twój organizator spokojnie mógłby to zrobić. Za rok kończy się twoja kadencja.
- Tak. Jeżeli jesteśmy pewni, że potrzebujemy takiego dyrektora, to możemy go powołać. Nie jestem fałszywie skromny. Jestem jednym z najlepszych specjalistów od prowadzenia i zarządzania dużymi instytucjami kultury. Robiłem to wiele razy. Parę takich instytucji stworzyłem i chyba jestem człowiekiem, który osiągnął w tej kwestii niekwestionowany sukces. Jeżeli ktoś chce powiedzieć, że jest inaczej, niech to powie. Chętnie podyskutuję.
"Nie jestem czyjś"
Krzysztofie, za kilka dni, dokładnie w poniedziałek, minister kultury wybiera się zobaczyć wyremontowany dach. Może będzie okazja...
- To jest wielkie osiągnięcie. Wreszcie przywróciliśmy historyczny dach Jana Zawiejskiego. Pan marszałek z panią ministrą mają przykręcić tabliczkę i wbić ostatnie gwoździe. Oczywiście ich zapraszamy. Pomimo wszystko są mile widziani, ponieważ uważam, że zaangażowanie finansowe Unii Europejskiej i strażnika tych pieniędzy, czyli ministerstwa kultury, a przede wszystkim województwa małopolskiego, które przeznaczyły na ten dach ogromne pieniądze, jest bardzo istotne. Trzeba to docenić. To im się jak najbardziej należy, nie mam żadnych wątpliwości.
Może będzie jednak okazja, żeby porozmawiać?
- Ale nikt ze mną nie rozmawia. Po prostu podejmuje się decyzję akurat podczas sześciodniowego urlopu, jedynego jaki mam. Zapada uchwała organizatora, o której dowiaduję się z komunikatu urzędowego.
Bardzo niefortunne, mówiąc delikatnie.
- To jest bardzo wyraźne określenie, zarówno ze strony ministerstwa, jak i województwa małopolskiego, co o mnie sądzą, jak mnie traktują i kim dla nich jestem.
Ale komu się tam nie podobasz?
- Nikomu. I to akurat jest okej, jestem z tego nawet zadowolony. W sumie powinienem być, prawda? Nie jestem "czyjś".
Ale to ogromny cios dla instytucji, bo powoduje gigantyczną dezorganizację. Może nawet kompletnie zdestabilizować to, co się w tej instytucji dzieje. Ja sobie poradzę sobie, zresztą nie chodzi o mnie. Przez całe życie byłem dyrektorem w wielu miejscach i zawsze w pewnym momencie zmieniałem stanowisko, odchodziłem z każdej instytucji. To nie jest problem. Nadal czuję się na siłach robić różne rzeczy i mogę równie dobrze sprawdzić się gdzie indziej.
Wczoraj na konferencji powiedziałeś: „Patrzcie na mnie. Nie wyglądam, jakbym stał nad grobem”.
- No nie wyglądam.
No nie.
- Mam jeszcze dużo energii, pomysłów i mogę robić bardzo wiele rzeczy. Już dostaję pierwsze oferty pracy, co jest zresztą zabawne.
Dwa tysiące procent normy
Zabawne albo zupełnie logiczne - ktoś się dowiaduje, że dobry menedżer jest wolny.
- Tak. Więc nie chodzi o mnie. I dlatego przepraszam, że wcześniej tak niefortunnie ci przerwałem, bo nie lubię tego robić. Lubię, jak mówisz i zadajesz pytania.
Zdarza mi się.
- Nie chcę po prostu, żeby powstało wrażenie, że chodzi mi o stanowisko, o przedłużenie kadencji, o stołek, żeby zostać tutaj za wszelką cenę. Czuję się zobowiązany tu zostać. Po prostu mam obowiązki.
Wiem, że to jest staroświeckie, niemodne, że takie słowa jak odpowiedzialność czy honor są dzisiaj demodé. Ale niestety taki jestem. Nie boję się tego mówić. Nie będę też fałszywie skromny. Mam 60 lat i od 40 lat jestem dyrektorem. Wydaje mi się, że zrobiłem bardzo dużo rzeczy. A przez dziesięć lat w tym teatrze zrobiłem naprawdę dwa tysiące procent normy.
Myślę, że masz prawo do tych słów, dlatego o tym rozmawiamy.
- Mam prawo do tego, żeby ktoś to rzetelnie ocenił, a nie dał mi kopa w tyłek - jak pani ministra czy pan marszałek. Chciałbym tylko, żeby ludzie, którzy zajmują się kulturą, zaczęli się wreszcie zachowywać. I znowu nie chodzi o mnie, bo niczego od tych ludzi nie oczekiwałem. Już nie mam oczekiwań. Tylko może skończmy wreszcie z tym chamstwem. Co to jest, kurczę?! O co chodzi? Dlaczego tak traktujemy ludzi? Ja się nie pozwalam tak traktować.
Powiedziałem wyraźnie: nie staję do konkursu. Nie stanę, bo już stawałem. Mało tego, zostałem dyrektorem Teatru Słowackiego z konkursu. Przedstawiłem program, który zrealizowałem. Stanąłem po raz drugi do konkursu, którego miałem nie wygrać, ale wtedy była inna sytuacja. Jak państwo słuchacze i ty pamiętacie, były wybory, które wygrała koalicja.
I wtedy przegłosowali...
- Nagle okazało się, że konkurs został w trakcie unieważniony. Jednak do tego konkursu stanąłem. I jeszcze raz powtórzę: zrealizowałem program, który w nim przedstawiłem. Nie mam sobie w tej kwestii nic do zarzucenia.
Uważam, że wreszcie ktoś w naszym kraju, kto jest tak traktowany, powinien powiedzieć „nie”. My wszyscy jesteśmy bardzo potulni. Mówię o wysokiej klasy menedżerach zajmujących się kulturą. Nie dość, że jesteśmy źle traktowani, to jeszcze mamy fatalne przepisy dotyczące zatrudniania. Nic nas nie chroni. Można nas wyrzucić na zbity pysk w każdej chwili. Nie mamy żadnej ochrony, żadnego wsparcia. Zawsze sami musimy martwić się o pieniądze.
Teatr Słowackiego, przypomnę, 40 procent budżetu musi wypracować sam, mimo że jest wielką instytucją i dostaje duże pieniądze od organizatorów. Wykazujemy się gigantyczną kreatywnością, a na zakończenie dostajemy kopa w tyłek od ludzi, o których nawet nie wiemy, skąd są.