Wyobraźmy sobie taką scenę. Siedzisz rano przy kawie, otwierasz portal, a tam wiadomości, że jakaś firma medyczna zgubiła dane połowy narodu. Myślisz sobie: „No zaraz, zaraz. Przecież ja u nich nie leczyłem nawet kataru. Skąd mają mój PESEL i historię recept?" No i oto cała tajemnica.
MyDR to nie jest przychodnia z szyldem nad drzwiami ani sieć gabinetów. To jest dostawca oprogramowania medycznego, takie cyfrowe zaplecze polskiej ochrony zdrowia. Z ich systemu korzysta ponad dwanaście tysięcy placówek w kraju: od lekarza rodzinnego na NFZ, przez prywatnego kardiologa, aż po twojego dentystę. Kiedy ty siedzisz w-- na fotelu i opowiadasz o zdrowiu, lekarz na komputerze wystawia e-receptę albo skierowanie właśnie w tym systemie. Ty widzisz lekarza, a pod maską kręci się chmura danych.
I właśnie w tę cyfrową hurtownię uderzyli hakerzy, wyciągając dane z baz archiwalnych obejmujących okres do kwietnia dwa tysiące dwudziestego czwartego roku. Łącznie aż dwa i pół terabajta informacji. W tej próbce znalazły się nie tylko imiona, nazwiska i numery PESEL, ale też numery telefonów czy wpisy o receptach.
Dlaczego to jest groźne? Cyberprzestępcy rzadko biorą od razu kredyt na sam PESEL. Zresztą ten numer ma pół Polski w księgach wieczystych. Największym zagrożeniem są ataki socjotechniczne i szantaż. Znając twój PESEL, chorobę czy konkretny lek, oszust dzwoni i podszywa się pod przychodnię albo bank. Zna szczegóły twojego życia. Brzmi więc w stu procentach wiarygodnie.
Co w takim razie możemy zrobić? Są dwa proste kroki. Pierwszy: zastrzegamy PESEL w aplikacji mObywatel albo na portalu gov.pl. Zrobisz to w pięć sekund, a skutecznie blokujesz wyłudzenie kredytu na twoje konto. Drugi krok to włączamy zasadę ograniczonego zaufania. Jeśli dzwoni konsultant, wypytując o zdrowie czy pieniądze, rozłącz się i sam zadzwoń do przychodni. Systemy bywają dziurawe, ale chłodny rozum to najlepszy antywirus.