Wybuch bomby jądrowej w 1954 roku, podczas testu Castle Romeo na atolu Bikini – Wyspy Marshalla, Ocean Spokojny.
Czego dowiesz się z tej rozmowy?
- czy broń jądrowa rzeczywiście służy głównie odstraszaniu
- jakie wnioski płyną z relacji uczestników testów nuklearnych
- jakie skutki zdrowotne ponosili i ponoszą ich uczestnicy
- jak różne państwa traktują dziś weteranów testów atomowych
„Nie można wykluczyć, że ktoś po nią sięgnie”
Czy zgadza się pan z opinią, że broń jądrowa nie jest po to, by jej używać, lecz by eskalować i wymuszać?
W jakimś sensie się zgadzam. Natomiast jestem też pełen obaw, że ktoś kiedyś po tę broń znowu sięgnie. Hiroszima i Nagasaki nie były przypadkiem. Im dalej jesteśmy od tych wydarzeń, tym bardziej zapominamy, co się wtedy stało i tym większa może być pokusa, żeby użyć tej broni ponownie.
Na razie nic nie wskazuje, żeby miało to nastąpić w najbliższym czasie, ale liczba państw posiadających broń jądrową rośnie. To rzeczywiście narzędzie eskalacji i kontroli eskalacji, ale nie można zakładać, że jej użycie już nigdy się nie powtórzy.
Czy użycie jednej bomby mogłoby doprowadzić do dalszej eskalacji?
Tak, na tym polega cały mechanizm. Nie używa się broni jądrowej, bo istnieje obawa, że druga strona odpowie tym samym. W konsekwencji mogłoby to prowadzić do dalszej eskalacji.
Jednocześnie trzeba pamiętać, że państwa posiadające broń jądrową nie są całkowicie bezpieczne – zdarzały się ataki zarówno na Izrael, jak i na Stany Zjednoczone. Mamy też napięcia między Indiami a Pakistanem, które również dysponują taką bronią.
Świadkowie testów i ich doświadczenia
Rozmawiał pan z osobami, które brały udział w testach jądrowych. Jakie są ich doświadczenia?
Rozmawiałem z garstką „szczęśliwców”, którzy dożyli starości. Wielu z nich ma poważne problemy zdrowotne, często przeszli nowotwory. Mówią jednak w imieniu tych, którzy zmarli dużo wcześniej – a takich osób było bardzo dużo.
To były zgony z powodu białaczki, raka tarczycy i innych chorób nowotworowych. Przez lata nie mówiono o tym, bo obowiązywała tajemnica państwowa. Dopiero po jej zniesieniu zaczęły wychodzić na jaw historie rodzin, które po latach dowiadywały się, że ich bliscy brali udział w testach.
Jak opisywali potęgę broni jądrowej?
Ich relacje są bardzo poruszające. Opowiadali, że podczas wybuchów widzieli własne kości albo szkielety osób obok. To są traumatyczne doświadczenia.
Nie wszyscy jednak oceniają broń jądrową jednoznacznie. Są tacy, którzy uważają, że jej istnienie zapobiegło III wojnie światowej. Inni są przekonani, że po tym, co zobaczyli, broń ta w ogóle nie powinna istnieć.
Weterani i odpowiedzialność państw
Czy łatwo było dotrzeć do świadków testów jądrowych?
To było bardziej czasochłonne niż trudne. Zacząłem od mediów społecznościowych, później dotarłem do nich przez stowarzyszenie weteranów i pojechałem do Nowego Meksyku, w okolice pierwszego testu atomowego. Miałem poczucie, że to zapomniani ludzie, którzy odegrali ważną rolę w czasie zimnej wojny.
Jak dziś wspierani są weterani testów w Stanach Zjednoczonych?
Przysługuje im jednorazowe odszkodowanie w ramach ustawy RICA. Początkowo wynosiło ono 75 tysięcy dolarów, dziś to 100 tysięcy. To jednak jednorazowa wypłata i budzi ona kontrowersje – część osób uważa, że rekompensaty powinny być wyższe.
A jak wyglądało to w innych krajach?
W Związku Radzieckim testy wyglądały bardzo podobnie – praktycznie bez zabezpieczeń dla żołnierzy. Wielu z nich również chorowało. Nie mają oni jednak takiego wsparcia jak w Stanach Zjednoczonych.
Podobnie w Wielkiej Brytanii – weterani dostali po latach medale, ale nie odszkodowania. Na tym tle Stany Zjednoczone rzeczywiście wypadają najlepiej, choć sami weterani często czują się zdradzeni, bo zapewniano ich, że testy są bezpieczne.