Spokojnie, las zostawmy grzybiarzom, a jeśli chodzi o panikę, to nikt nam nie da zwolnienia lekarskiego. Skoro jednak mleko się już rozlało, a nasze dane medyczne powędrowały tam, gdzie światło dzienne rzadko dociera, musimy przejść z trybu przerażenia w tryb twardego szeryfa. Tak wygląda domowy, trzystopniowy pakiet ratunkowy.
Krok pierwszy – zastrzeż PESEL, zanim zrobią to za ciebie. Masz do dyspozycji darmową aplikację mObywatel, klikasz dwa razy i twój numer PESEL zostaje zastrzeżony. Co to daje? Haker nie pójdzie na twoje konto do banku po pożyczkę, nie kupi telefonu na raty i nie wyczaruje szybkiej chwilówki. Co ważne, zastrzeżony PESEL nie blokuje wizyt u lekarza ani realizacji recept w aptece. Możesz chorować i leczyć się zupełnie normalnie, a oszuści zderzą się ze ścianą.
Krok drugi - zasada rozłącz się i oddzwoń. Teraz uwaga, oszuści znają twoje imię, nazwisko, nawet mogą rzucać nazwą przychodni, w której twój beniaminek dostał antybiotyk. Będą dzwonić, zgrywać zatroskanych pracowników ochrony zdrowia lub banku i wmawiać ci, że twoje konto medyczne jest zagrożone albo musisz dopłacić złotówkę do e-recepty. Jeśli słyszysz w słuchawce historię o swoich lekach i czujesz presję czasu, natychmiast się rozłącz. Weź głęboki oddech, wejdź na oficjalną stronę swojej przychodni, wybierz numer sam i sprawdź czy ktoś w ogóle od ciebie czegoś chce. Prawdziwy lekarz nie żąda kodów SMS przez telefon.
Najlepszą bronią przeciwko cyberprzestępcom nie jest techniczna wiedza inżyniera, tylko nasz własny zdrowy sceptycyzm. Zacznijmy po prostu pilnować własnego cyfrowego podwórka.