Marzył o pisaniu powieści, ale przez większą część zawodowego życia opowiadał o historiach, które inni opowiadali w filmach. Jest jednym z najważniejszych polskich filmoznawców. Dziś powrócił do marzeń sprzed lat i pisze dla przyjemności.
By Franek Vetulani - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=80478242
W audycji „Ludzie, których chce się słuchać” prof. Tadeusz Lubelski opowiada o spełnieniu, marzeniach, sile filmowych opowieści i potrzebie rozumienia innych. Wraca do seansu „Osiem i pół” Felliniego, przyjaźni z Jerzym Pilchem i wspomnień z gliwickiej ulicy Krzywoustego. Mówi też o tęsknocie, przemijaniu i o tym, jak przeżyć życie, żeby nie musieć się za siebie wstydzić. Audycję prowadził Tadeusz Marek.
Tadeusz Marek:Przygotowując się do naszej rozmowy, przeczytałem, że był taki czas w pana życiu, kiedy wstydził się pan swojej profesji.
Tadeusz Lubelski: Może „wstydziłem się” to za dużo powiedziane, ale nie było się czym chwalić. Kiedy spotyka się kogoś w pociągu i zaczyna rozmowę, pada pytanie: „A czym pan się zajmuje?”. Odpowiadałem: „Historią sztuki”. „A czym konkretnie?”. Bałem się, że ktoś przyłapie mnie na czymś, na czym się nie znam, więc unikałem tego tematu. Być z zawodu historykiem filmu to nie jest coś, o czym ktokolwiek marzy w życiu. Ja też nie marzyłem. Jako młody człowiek chciałem pisać powieści. To częstsze marzenie, które rzadko się spełnia. Okoliczności życiowe zaprowadziły mnie jednak w stronę filmu.
Był taki okres, gdzieś w latach dziewięćdziesiątych, na przełomie stuleci, kiedy wszystko lubiłem w tym zawodzie. Wykładałem na studiach dziennych, wieczorowych i zaocznych. Pracowałem w redakcji miesięcznika „Kino”, co tydzień jeździłem do Warszawy na kolegium, pisałem do każdego numeru. Byłem stałym recenzentem „Tygodnika Powszechnego”, recenzowałem doktoraty i habilitacje. Właściwie wszystko mi się podobało.
Czyli wtedy już się pan nie wstydził?
Wtedy się nie wstydziłem. Utożsamiłem się z tym zawodem, ale to mi przeszło. Zaczęło mi to sprawiać przyjemność i, wstyd powiedzieć, poczułem się kompetentny. Zobaczyłem, że umiem to robić, że sprawia mi to przyjemność i że inni to zauważają. W miesięczniku „Kino” ogłoszono kiedyś ankietę na najpopularniejszych autorów. W ogóle nie przyszło mi do głowy, że ktoś mnie zauważy. Tymczasem znalazłem się na trzecim czy czwartym miejscu, chyba nawet przed felietonami Kutza. Zdumiałem się. Pomyślałem: „A, czyli to czytają. Jest jakaś grupa ludzi, którzy to lubią”. Ale potem mnie to zmęczyło i czekałem już na emeryturę.
Kilka lat temu zadzwoniłem do pana z prośbą o komentarz w jakiejś filmowej sprawie. Usłyszałem wtedy: „Wie pan co, ja już filmem się nie bardzo zajmuję”. Czy kino się panu znudziło?
To byłoby wyniosłe stwierdzenie, gdybym powiedział, że mi się znudziło. Natomiast rzeczywiście przestało mnie pasjonować. Więcej czytam, niż oglądam filmów.
Jest w tym pewien dramatyzm: oddaje się czemuś olbrzymią część swojego życia, a po kilkudziesięciu latach przestaje to pasjonować.
Uważam jednak, że to normalne. Są różne fazy życia, w których trzeba zmieniać przedmiot swoich zajęć i zainteresowań. Nie mówię, że źle zrobiłem. To nie był czas stracony. Czekałem tylko, aż na emeryturze zajmę się czymś innym.
Przez większość zawodowego życia opowiadał pan o historiach innych ludzi, choć marzył pan o pisaniu własnych.
Niekoniecznie marzyłem o opowiadaniu swoich historii. Marzyłem o opowiadaniu we własnym imieniu, od siebie. I na ile mogę, to spełniam.
Dlaczego potrzebujemy cudzych opowieści? Ktoś mógłby powiedzieć: po co oglądać filmy i czytać powieści, skoro trzeba zająć się własnym życiem?
Sami sobie nie wystarczamy. Człowiek jest istotą społeczną i potrzebuje innych: żeby ich rozumieć, wzajemnie się poznawać, odczuwać i wyznawać uczucia. Najlepszym znanym mi sposobem na rozumienie innych ludzi jest czytanie powieści. Ale to bywa pracochłonne, czasochłonne, męczące. Filmy ogląda się łatwiej. Siada się w fotelu, dawniej w kinie, dzisiaj coraz częściej przed ekranem laptopa. Jeśli to dobre filmy, bywają pasjonujące i ciekawe.
Sztuka jest nie do zastąpienia zarówno w poznawaniu innych, jak i samego siebie. Inni są dla mnie ważni, ale ważny jestem też ja sam dla siebie.
Pamięta pan moment, w którym kino na dobre wkroczyło w pana życie? Mam na myśli seans „Osiem i pół” Felliniego.
Tego nie da się zapomnieć. To było dla mnie rzeczywiście formacyjne przeżycie. Największe, jakie wówczas było mi dostępne. Seans „Osiem i pół” na rannym pokazie w krakowskim kinie Sztuka. Wyszedłem odmieniony.
Co to znaczy: być odmienionym przez dzieło filmowe?
Wpaść w trans.
Potrzebujemy transu, żeby zakochać się w dziele sztuki?
Tak. W filmie, w człowieku też. To bliskie zakochaniu. Francuzi mają piękne określenie: coup de foudre, miłość od pierwszego wejrzenia. Nie mogłem sobie dać rady. Przez kilkanaście minut szedłem z kina Sztuka przez ulicę Jana i Rynek do mieszkania dziadków na Dietla. Wydawało mi się, że znalazłem się w innym świecie.
Miałem czternaście i pół roku. To była inicjacja, bardzo silne przeżycie odbiorcze. Po czymś takim myśli się: „Czymś takim chciałbym się zajmować”. Nie czułem jednak, że mógłbym zostać reżyserem. Nie myślałem też, że mogłoby to oznaczać pisanie o filmie, recenzowanie czy tworzenie historii kina. A właśnie to stało się najważniejszą częścią mojego zawodowego zajmowania się filmem.
A co mówią panu słowa: „Kino intensywnego rozwoju”?
Tutaj pan trafił! To mógł być rok 1978. Bardzo się wtedy zaprzyjaźniłem z Jurkiem Pilchem, który był jeszcze doktorantem i asystentem na krakowskiej polonistyce. Przez dwa, trzy lata właściwie się nie rozstawaliśmy. On był jeszcze przed debiutem literackim i bardzo mnie namawiał, żeby coś robić, wydobyć się z tych zajęć. To był ciekawy okres polskiego kina, tak zwane kino moralnego niepokoju. Zaproponował, żebyśmy razem napisali scenariusz.
Wymyśliłem tytuł: „Kino intensywnego rozwoju”. Zrobiliśmy drabinkę scen, podzieliliśmy się nimi, ja napisałem swoje dialogi, on swoje. I poczułem, że to nierówna konkurencja. Jego sceny były pięć razy lepsze. Czuło się dryg do pisania, także dialogów. Moje sceny były słabsze, więc porzuciliśmy ten pomysł. Jurek był na tyle wspaniałomyślnym przyjacielem, że później do tego nie wracaliśmy.
Pilch został jednym z najważniejszych polskich pisarzy.Przyjaciel spełniał marzenie, które pan sam nosił w sobie. Czy było to powodem pana rozterek?
Nie. Jeśli wobec kogoś ze znajomych, kto spełniał się artystycznie, czułem zazdrość, to może wcześniej, w Gliwicach, wobec Adama Zagajewskiego. Pomyślałem wtedy, że to są wyżyny dla mnie niedostępne. Natomiast z Jurkiem przyjaźniliśmy się na co dzień i cieszyło mnie, że trafił na swoje.
A pan trafił na swoje.
Ja trafiłem na swoje. Ważnym, formacyjnym wydarzeniem było dla mnie pisanie pracy magisterskiej na polonistyce. Wybrałem temat „Bruno Jasieński jako powieściopisarz” i to mnie wciągnęło. Wszystko było w tym ciekawe. Poczułem, że pisanie pracy może być czymś, w czym mogę się spełniać, co mi się spodoba.
Wróćmy do Gliwic. O czym marzył pan przy ulicy Krzywoustego 1?
O dziewczynach, pewnie. O możliwości miłości, ale też o pisaniu. Widziałem wokół siebie ciekawych ludzi. Wszystko było pasjonujące. Teraz napisałem o tym powieść, która nazywa się „Ulica Krzywoustego”.
Przy tej ulicy stał jeden dom. W mieszkaniu, które rodzice dostali po przeprowadzce do Gliwic, jeden pokój zajmowała Zofia Weiglowa, wdowa po rektorze Politechniki Lwowskiej. Nazywałem ją babcią Zosią. To był świat, w który wszedłem, jak się wchodzi w życie, automatycznie.
Rodzice i ich znajomi opowiadali o świecie, który już nie istniał. O Lwowie, który musieli opuścić. Ja jednak identyfikowałem się z Gliwicami, wszystko mi się tam podobało. Miałem swoje towarzystwo, jak każdy człowiek, który dorasta w jakimś miejscu. A równocześnie Kraków nie był mi obcy, bo dziadkowie i cała rodzina ze Lwowa mieszkali właśnie tutaj.
Co zostało panu z tamtych opowieści?
Konieczność zrozumienia innych. A równocześnie wyzwanie, żeby sprostać poziomowi emocji, wyobrażeniu o szlachetności, które z tych opowieści wynikało. To był rodzaj zobowiązania. Widziałem, że inni mieli ciekawe życie, mają coś do opowiedzenia i że to ma coś wspólnego ze mną. Trzeba było temu sprostać, nadążyć za tym, zrozumieć. Umieć też coś zrobić ze swoim życiem. Zrobić coś wartościowego.
Udało się panu?
Nie do końca, ale pewnie na miarę moich możliwości. Nikt nigdy nie spełnia wszystkich swoich marzeń.
Jakie życie jest życiem wartościowym?
Takie, które przeżywając, człowiek nie musi się za siebie wstydzić. To pewne minimum. Więcej, czyli możliwość bycia zadowolonym z siebie, jest już trudniejsze. Ostrożnie więc mówię, że nie trzeba się za siebie wstydzić. To już jest coś.
A kiedy ostatnio był pan zadowolony z siebie?
Wczoraj, kiedy spędziliśmy wieczór z synem. Zamówiłem pizzę, przynieśli ją na czas, była całkiem niezła. Potem postawiłem lody, które smakowały nam obu. Byliśmy zadowoleni z filmu, który obejrzeliśmy. Widziałem, że syn czuje przyjemność z obcowania ze mną, a to już jest dużo. No i są jeszcze dwa koty, za którymi przepadam.
Kiedy przygląda się pan swojemu życiu, dostrzega pan pęknięcia, które stworzyły pana jako człowieka?
Zapewne tak. Najbardziej niespełnienia uczuciowe, ale o tym nie chciałbym mówić. To sprawy intymne. Najważniejsze pęknięcie to spełnienie emocjonalne: szczęśliwe znalezienie idealnej partnerki, a potem jej śmierć, z którą musiałem się pogodzić.
Jeśli chodzi o sprawy zawodowe i przeżycia intelektualne, to jako młody człowiek marzyłem o pisaniu powieści. Potem zobaczyłem, że spełniam się, na ile to możliwe, w pisarstwie o sztuce i literaturze. Znalazłem w tym satysfakcję. A na starość wróciłem do pierwotnego marzenia i zacząłem pisać już czysto dla przyjemności.
Do czego potrzebne były panu te pęknięcia?
Żeby żyć tak, żeby nie trzeba było się tego własnego życia wstydzić. Trzeba starań, trzeba doświadczeń. Czasem są to doświadczenia negatywne, nieszczęśliwe. Trzeba się z nimi pogodzić i próbować iść dalej, lepiej, staranniej, właściwiej. To wszystko jest ciekawe, kiedy się o tym myśli. Człowiek ma jedno życie. Musi sobie z nim radzić jak najlepiej, póki można nad tym panować. Rozumienie tego, co się z nami dzieje i co sami robimy, jest ciągle pasjonujące.
Czego należy się wstydzić?
Złych uczynków, złego postępowania wobec innych. Nieudolności.
A nieudolność zawsze zależy od człowieka? Czasem okoliczności nie sprzyjają.
Czasem nie sprzyjają. Ale trzeba się wstydzić własnej nieudolności. Braku refleksyjności.
Do czego pan tęskni?
Najbardziej do mojej żony, która umarła. Tego już nie wróci. Minęły cztery lata. To był szczęśliwy czas wspólnego życia, stosunkowo krótki, dwanaście, trzynaście lat. Ale jest takie słowo: nieuchronność. Ono niesie w sobie coś autentycznego. Jeśli coś jest nieuchronne, to znaczy, że przepadło.
Jest też piękne słowo „nostalgia”. To tęsknota, której nie można zrealizować. Nawet jeśli tęsknię za domem dzieciństwa, który opisałem w swojej późnej powieści, wiem, że tam nie wrócę. Kiedyś próbowałem prosić, żeby wpuszczono mnie do środka, mieszkają tam teraz jacyś księża. Chciałem go zobaczyć, ale mnie wyrzucono z trzaskiem.
Nostalgii sprzyja wyobraźnia.
Oczywiście. Moja wyobraźnia jest ograniczona, ale ma się dobrze w tym sensie, że rozumuję. Wstaję rano i sam prowadzę swoje życie przez nadchodzący dzień. Wieczorem myślę, co zrobiłem dobrze, co mogę zrobić lepiej następnego dnia.
A o czym marzy pan dzisiaj?
Dzisiaj to już nie marzenie. To bardziej pragnienie, żeby jak najdłużej zachować zdrowie, które pozwoli mi następnego dnia wstać, nakarmić koty i przeżyć nadchodzący dzień jak najlepiej. Teraz piszę książkę o filmach, o własnych przeżyciach filmowych. Nazywa się „Seanse kinofila”. Został mi ostatni rozdział, trudny, bo dotyczy filmu „Miłość” Michaela Hanekego. To opowieść o czymś, czego człowiek się boi. Staram się jak najmniej o tym myśleć, ale boję się jak każdy człowiek.
Czyli pragnie pan, żeby te lęki się nie zaktualizowały?
Tak można powiedzieć. Nie określam tego jako marzenia. Marzenia to coś górnego, a tutaj pragnę, żeby nie spotkało mnie coś złego. W filmie Hanekego jest opowieść o odchodzeniu najbliższej osoby, żony. To już mnie nie spotka, bo mam to za sobą. Przeżyłem to, co najgorsze. Ale chciałbym nie cierpieć i nie zostawić kotów samych, żeby nie było jak w pięknym wierszu Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu”.
Zastanawiałem się, co czuje człowiek, który ostatecznie spełnia swoje marzenia. Przez lata marzył pan o pisaniu, a dziś, na emeryturze, siada pan i pisze. Napisał pan powieść, o której rozmawialiśmy. Jak się czuje ktoś, kto wreszcie może spełnić marzenia sprzed lat?
Po pierwsze, czuje satysfakcję, a po drugie żal, że to nie jest lepsze. Że to jest tylko tyle, że liczyłem na coś wartościowszego. Ale piszę następną książkę. No bo co? A nuż ta następna będzie lepsza.
Czego mogę panu życzyć?
Najbanalniej na świecie: zdrowia.
Marzył o pisaniu powieści, ale przez większą część zawodowego życia opowiadał o historiach, które inni opowiadali w filmach. Jest jednym z najważniejszych polskich filmoznawców. Dziś powrócił do marzeń sprzed lat i pisze dla przyjemności. W audycji „Ludzie, których chce się słuchać” prof. Tadeusz Lubelski opowiada o spełnieniu, marzeniach, sile filmowych opowieści i potrzebie rozumienia innych. Wraca do seansu „Osiem i pół” Felliniego, przyjaźni z Jerzym Pilchem i wspomnień z gliwickiej ulicy Krzywoustego. Mówi też o tęsknocie, przemijaniu i o tym, jak przeżyć życie, żeby nie musieć się za siebie wstydzić. Audycję prowadził Tadeusz Marek.
Tadeusz Marek: Przygotowując się do naszej rozmowy, przeczytałem, że był taki czas w pana życiu, kiedy wstydził się pan swojej profesji.
Tadeusz Lubelski: Może „wstydziłem się” to za dużo powiedziane, ale nie było się czym chwalić. Kiedy spotyka się kogoś w pociągu i zaczyna rozmowę, pada pytanie: „A czym pan się zajmuje?”. Odpowiadałem: „Historią sztuki”. „A czym konkretnie?”. Bałem się, że ktoś przyłapie mnie na czymś, na czym się nie znam, więc unikałem tego tematu. Być z zawodu historykiem filmu to nie jest coś, o czym ktokolwiek marzy w życiu. Ja też nie marzyłem. Jako młody człowiek chciałem pisać powieści. To częstsze marzenie, które rzadko się spełnia. Okoliczności życiowe zaprowadziły mnie jednak w stronę filmu.
Był taki okres, gdzieś w latach dziewięćdziesiątych, na przełomie stuleci, kiedy wszystko lubiłem w tym zawodzie. Wykładałem na studiach dziennych, wieczorowych i zaocznych. Pracowałem w redakcji miesięcznika „Kino”, co tydzień jeździłem do Warszawy na kolegium, pisałem do każdego numeru. Byłem stałym recenzentem „Tygodnika Powszechnego”, recenzowałem doktoraty i habilitacje. Właściwie wszystko mi się podobało.
Czyli wtedy już się pan nie wstydził?
Wtedy się nie wstydziłem. Utożsamiłem się z tym zawodem, ale to mi przeszło. Zaczęło mi to sprawiać przyjemność i, wstyd powiedzieć, poczułem się kompetentny. Zobaczyłem, że umiem to robić, że sprawia mi to przyjemność i że inni to zauważają. W miesięczniku „Kino” ogłoszono kiedyś ankietę na najpopularniejszych autorów. W ogóle nie przyszło mi do głowy, że ktoś mnie zauważy. Tymczasem znalazłem się na trzecim czy czwartym miejscu, chyba nawet przed felietonami Kutza. Zdumiałem się. Pomyślałem: „A, czyli to czytają. Jest jakaś grupa ludzi, którzy to lubią”. Ale potem mnie to zmęczyło i czekałem już na emeryturę.
Kilka lat temu zadzwoniłem do pana z prośbą o komentarz w jakiejś filmowej sprawie. Usłyszałem wtedy: „Wie pan co, ja już filmem się nie bardzo zajmuję”. Czy kino się panu znudziło?
To byłoby wyniosłe stwierdzenie, gdybym powiedział, że mi się znudziło. Natomiast rzeczywiście przestało mnie pasjonować. Więcej czytam, niż oglądam filmów.
Jest w tym pewien dramatyzm: oddaje się czemuś olbrzymią część swojego życia, a po kilkudziesięciu latach przestaje to pasjonować.
Uważam jednak, że to normalne. Są różne fazy życia, w których trzeba zmieniać przedmiot swoich zajęć i zainteresowań. Nie mówię, że źle zrobiłem. To nie był czas stracony. Czekałem tylko, aż na emeryturze zajmę się czymś innym.
Przez większość zawodowego życia opowiadał pan o historiach innych ludzi, choć marzył pan o pisaniu własnych.
Niekoniecznie marzyłem o opowiadaniu swoich historii. Marzyłem o opowiadaniu we własnym imieniu, od siebie. I na ile mogę, to spełniam.
Dlaczego potrzebujemy cudzych opowieści? Ktoś mógłby powiedzieć: po co oglądać filmy i czytać powieści, skoro trzeba zająć się własnym życiem?
Sami sobie nie wystarczamy. Człowiek jest istotą społeczną i potrzebuje innych: żeby ich rozumieć, wzajemnie się poznawać, odczuwać i wyznawać uczucia. Najlepszym znanym mi sposobem na rozumienie innych ludzi jest czytanie powieści. Ale to bywa pracochłonne, czasochłonne, męczące. Filmy ogląda się łatwiej. Siada się w fotelu, dawniej w kinie, dzisiaj coraz częściej przed ekranem laptopa. Jeśli to dobre filmy, bywają pasjonujące i ciekawe.
Sztuka jest nie do zastąpienia zarówno w poznawaniu innych, jak i samego siebie. Inni są dla mnie ważni, ale ważny jestem też ja sam dla siebie.
Pamięta pan moment, w którym kino na dobre wkroczyło w pana życie? Mam na myśli seans „Osiem i pół” Felliniego.
Tego nie da się zapomnieć. To było dla mnie rzeczywiście formacyjne przeżycie. Największe, jakie wówczas było mi dostępne. Seans „Osiem i pół” na rannym pokazie w krakowskim kinie Sztuka. Wyszedłem odmieniony.
Co to znaczy: być odmienionym przez dzieło filmowe?
Wpaść w trans.
Potrzebujemy transu, żeby zakochać się w dziele sztuki?
Tak. W filmie, w człowieku też. To bliskie zakochaniu. Francuzi mają piękne określenie: coup de foudre, miłość od pierwszego wejrzenia. Nie mogłem sobie dać rady. Przez kilkanaście minut szedłem z kina Sztuka przez ulicę Jana i Rynek do mieszkania dziadków na Dietla. Wydawało mi się, że znalazłem się w innym świecie.
Miałem czternaście i pół roku. To była inicjacja, bardzo silne przeżycie odbiorcze. Po czymś takim myśli się: „Czymś takim chciałbym się zajmować”. Nie czułem jednak, że mógłbym zostać reżyserem. Nie myślałem też, że mogłoby to oznaczać pisanie o filmie, recenzowanie czy tworzenie historii kina. A właśnie to stało się najważniejszą częścią mojego zawodowego zajmowania się filmem.
A co mówią panu słowa: „Kino intensywnego rozwoju”?
Tutaj pan trafił! To mógł być rok 1978. Bardzo się wtedy zaprzyjaźniłem z Jurkiem Pilchem, który był jeszcze doktorantem i asystentem na krakowskiej polonistyce. Przez dwa, trzy lata właściwie się nie rozstawaliśmy. On był jeszcze przed debiutem literackim i bardzo mnie namawiał, żeby coś robić, wydobyć się z tych zajęć. To był ciekawy okres polskiego kina, tak zwane kino moralnego niepokoju. Zaproponował, żebyśmy razem napisali scenariusz.
Wymyśliłem tytuł: „Kino intensywnego rozwoju”. Zrobiliśmy drabinkę scen, podzieliliśmy się nimi, ja napisałem swoje dialogi, on swoje. I poczułem, że to nierówna konkurencja. Jego sceny były pięć razy lepsze. Czuło się dryg do pisania, także dialogów. Moje sceny były słabsze, więc porzuciliśmy ten pomysł. Jurek był na tyle wspaniałomyślnym przyjacielem, że później do tego nie wracaliśmy.
Pilch został jednym z najważniejszych polskich pisarzy. Przyjaciel spełniał marzenie, które pan sam nosił w sobie. Czy było to powodem pana rozterek?
Nie. Jeśli wobec kogoś ze znajomych, kto spełniał się artystycznie, czułem zazdrość, to może wcześniej, w Gliwicach, wobec Adama Zagajewskiego. Pomyślałem wtedy, że to są wyżyny dla mnie niedostępne. Natomiast z Jurkiem przyjaźniliśmy się na co dzień i cieszyło mnie, że trafił na swoje.
A pan trafił na swoje.
Ja trafiłem na swoje. Ważnym, formacyjnym wydarzeniem było dla mnie pisanie pracy magisterskiej na polonistyce. Wybrałem temat „Bruno Jasieński jako powieściopisarz” i to mnie wciągnęło. Wszystko było w tym ciekawe. Poczułem, że pisanie pracy może być czymś, w czym mogę się spełniać, co mi się spodoba.
Wróćmy do Gliwic. O czym marzył pan przy ulicy Krzywoustego 1?
O dziewczynach, pewnie. O możliwości miłości, ale też o pisaniu. Widziałem wokół siebie ciekawych ludzi. Wszystko było pasjonujące. Teraz napisałem o tym powieść, która nazywa się „Ulica Krzywoustego”.
Przy tej ulicy stał jeden dom. W mieszkaniu, które rodzice dostali po przeprowadzce do Gliwic, jeden pokój zajmowała Zofia Weiglowa, wdowa po rektorze Politechniki Lwowskiej. Nazywałem ją babcią Zosią. To był świat, w który wszedłem, jak się wchodzi w życie, automatycznie.
Rodzice i ich znajomi opowiadali o świecie, który już nie istniał. O Lwowie, który musieli opuścić. Ja jednak identyfikowałem się z Gliwicami, wszystko mi się tam podobało. Miałem swoje towarzystwo, jak każdy człowiek, który dorasta w jakimś miejscu. A równocześnie Kraków nie był mi obcy, bo dziadkowie i cała rodzina ze Lwowa mieszkali właśnie tutaj.
Co zostało panu z tamtych opowieści?
Konieczność zrozumienia innych. A równocześnie wyzwanie, żeby sprostać poziomowi emocji, wyobrażeniu o szlachetności, które z tych opowieści wynikało. To był rodzaj zobowiązania. Widziałem, że inni mieli ciekawe życie, mają coś do opowiedzenia i że to ma coś wspólnego ze mną. Trzeba było temu sprostać, nadążyć za tym, zrozumieć. Umieć też coś zrobić ze swoim życiem. Zrobić coś wartościowego.
Udało się panu?
Nie do końca, ale pewnie na miarę moich możliwości. Nikt nigdy nie spełnia wszystkich swoich marzeń.
Jakie życie jest życiem wartościowym?
Takie, które przeżywając, człowiek nie musi się za siebie wstydzić. To pewne minimum. Więcej, czyli możliwość bycia zadowolonym z siebie, jest już trudniejsze. Ostrożnie więc mówię, że nie trzeba się za siebie wstydzić. To już jest coś.
A kiedy ostatnio był pan zadowolony z siebie?
Wczoraj, kiedy spędziliśmy wieczór z synem. Zamówiłem pizzę, przynieśli ją na czas, była całkiem niezła. Potem postawiłem lody, które smakowały nam obu. Byliśmy zadowoleni z filmu, który obejrzeliśmy. Widziałem, że syn czuje przyjemność z obcowania ze mną, a to już jest dużo. No i są jeszcze dwa koty, za którymi przepadam.
Kiedy przygląda się pan swojemu życiu, dostrzega pan pęknięcia, które stworzyły pana jako człowieka?
Zapewne tak. Najbardziej niespełnienia uczuciowe, ale o tym nie chciałbym mówić. To sprawy intymne. Najważniejsze pęknięcie to spełnienie emocjonalne: szczęśliwe znalezienie idealnej partnerki, a potem jej śmierć, z którą musiałem się pogodzić.
Jeśli chodzi o sprawy zawodowe i przeżycia intelektualne, to jako młody człowiek marzyłem o pisaniu powieści. Potem zobaczyłem, że spełniam się, na ile to możliwe, w pisarstwie o sztuce i literaturze. Znalazłem w tym satysfakcję. A na starość wróciłem do pierwotnego marzenia i zacząłem pisać już czysto dla przyjemności.
Do czego potrzebne były panu te pęknięcia?
Żeby żyć tak, żeby nie trzeba było się tego własnego życia wstydzić. Trzeba starań, trzeba doświadczeń. Czasem są to doświadczenia negatywne, nieszczęśliwe. Trzeba się z nimi pogodzić i próbować iść dalej, lepiej, staranniej, właściwiej. To wszystko jest ciekawe, kiedy się o tym myśli. Człowiek ma jedno życie. Musi sobie z nim radzić jak najlepiej, póki można nad tym panować. Rozumienie tego, co się z nami dzieje i co sami robimy, jest ciągle pasjonujące.
Czego należy się wstydzić?
Złych uczynków, złego postępowania wobec innych. Nieudolności.
A nieudolność zawsze zależy od człowieka? Czasem okoliczności nie sprzyjają.
Czasem nie sprzyjają. Ale trzeba się wstydzić własnej nieudolności. Braku refleksyjności.
Do czego pan tęskni?
Najbardziej do mojej żony, która umarła. Tego już nie wróci. Minęły cztery lata. To był szczęśliwy czas wspólnego życia, stosunkowo krótki, dwanaście, trzynaście lat. Ale jest takie słowo: nieuchronność. Ono niesie w sobie coś autentycznego. Jeśli coś jest nieuchronne, to znaczy, że przepadło.
Jest też piękne słowo „nostalgia”. To tęsknota, której nie można zrealizować. Nawet jeśli tęsknię za domem dzieciństwa, który opisałem w swojej późnej powieści, wiem, że tam nie wrócę. Kiedyś próbowałem prosić, żeby wpuszczono mnie do środka, mieszkają tam teraz jacyś księża. Chciałem go zobaczyć, ale mnie wyrzucono z trzaskiem.
Nostalgii sprzyja wyobraźnia.
Oczywiście. Moja wyobraźnia jest ograniczona, ale ma się dobrze w tym sensie, że rozumuję. Wstaję rano i sam prowadzę swoje życie przez nadchodzący dzień. Wieczorem myślę, co zrobiłem dobrze, co mogę zrobić lepiej następnego dnia.
A o czym marzy pan dzisiaj?
Dzisiaj to już nie marzenie. To bardziej pragnienie, żeby jak najdłużej zachować zdrowie, które pozwoli mi następnego dnia wstać, nakarmić koty i przeżyć nadchodzący dzień jak najlepiej. Teraz piszę książkę o filmach, o własnych przeżyciach filmowych. Nazywa się „Seanse kinofila”. Został mi ostatni rozdział, trudny, bo dotyczy filmu „Miłość” Michaela Hanekego. To opowieść o czymś, czego człowiek się boi. Staram się jak najmniej o tym myśleć, ale boję się jak każdy człowiek.
Czyli pragnie pan, żeby te lęki się nie zaktualizowały?
Tak można powiedzieć. Nie określam tego jako marzenia. Marzenia to coś górnego, a tutaj pragnę, żeby nie spotkało mnie coś złego. W filmie Hanekego jest opowieść o odchodzeniu najbliższej osoby, żony. To już mnie nie spotka, bo mam to za sobą. Przeżyłem to, co najgorsze. Ale chciałbym nie cierpieć i nie zostawić kotów samych, żeby nie było jak w pięknym wierszu Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu”.
Zastanawiałem się, co czuje człowiek, który ostatecznie spełnia swoje marzenia. Przez lata marzył pan o pisaniu, a dziś, na emeryturze, siada pan i pisze. Napisał pan powieść, o której rozmawialiśmy. Jak się czuje ktoś, kto wreszcie może spełnić marzenia sprzed lat?
Po pierwsze, czuje satysfakcję, a po drugie żal, że to nie jest lepsze. Że to jest tylko tyle, że liczyłem na coś wartościowszego. Ale piszę następną książkę. No bo co? A nuż ta następna będzie lepsza.
Radio Kraków informuje,
iż od dnia 25 maja 2018 roku wprowadza aktualizację polityki prywatności i zabezpieczeń w zakresie przetwarzania
danych osobowych. Niniejsza informacja ma na celu zapoznanie osoby korzystające z Portalu Radia Kraków oraz
słuchaczy Radia Kraków ze szczegółami stosowanych przez Radio Kraków technologii oraz z przepisami o ochronie
danych osobowych, obowiązujących od dnia 25 maja 2018 roku. Zapraszamy do zapoznania się z informacjami
zawartymi w Polityce Prywatności.