W centrum wydarzeń znajduje się nie zagadka zbrodni, lecz trauma i jej długie, międzypokoleniowe echo. Na początku "Kobieta w ścianie" sprawia wrażenie konwencjonalnego serialu detektywistycznego. Jest zbrodnia, są ślady, pojawia się śledztwo. Jednak ten wątek szybko przestaje dominować. Kolejne odcinki budują znacznie bardziej złożoną narrację. Sześć odcinków, każdy trwający około godziny, tworzy zwartą, intensywną całość. Główna bohaterka żyje na marginesie. Jest samotna, wycofana, mieszkająca w zniszczonym domu. Jednocześnie zmaga się z lunatykowaniem. W nocy przemierza miasteczko boso, w koszuli nocnej, w sposób całkowicie nieprzewidywalny. To właśnie te epizody stają się źródłem jej lęku – bohaterka boi się samej siebie i tego, co może wydarzyć się, gdy traci kontrolę.
Serial odwołuje się do tzw. pralni Magdalenek – instytucji prowadzonej przez zakony katolickie w Irlandii, które przez dekady funkcjonowały jako miejsca izolacji dla młodych kobiet uznanych za "niepożądane społecznie". Trafiały tam m.in. kobiety w nieślubnych ciążach, osoby "zhańbione" według ówczesnych norm społecznych. W tych ośrodkach doświadczały przymusowej pracy, kar cielesnych i całkowitego odcięcia od świata zewnętrznego. Noworodki były odbierane matkom – często trafiały do adopcji, nierzadko odpłatnej. Część dzieci umierała w niewyjaśnionych okolicznościach. Najbardziej poruszający pozostaje fakt, że system ten był przez lata społecznie akceptowany. Ostatnia z takich placówek została zamknięta dopiero w 1996 roku, co sprawia, że nie jest to zakończona historia.