Joanna Słowińska/fot. Sylwia Paszkowska
Sylwia Paszkowska: Joanna Słowińska, cudowna wokalistka, pieśniarka, laureatka wielu nagród, prestiżowych wyróżnień. Będziemy mówić głównie o tym, co oprócz muzyki i swojej wrażliwości nam dajesz. To znaczy o tym, jak żyć z "niechcianym partnerem", którego trudno wyprosić. Sam się wprosił, ale można na niego znaleźć sposób i ty znalazłaś ten sposób.
Joanna Słowińska: Mam nadzieję, że to będzie sposób na zawsze. Jestem chora na raka i to takiego bardzo ekspansywnego, który rozgościł się w moim ciele bardzo elegancko, ale traktuję go jak okoliczność, która jest. Przeszło to już do banalnego przysłowia: "Jeśli pada deszcz, to nie mam na to wpływu". Mogę wziąć parasol albo się lepiej ubrać, ale nie spowoduję, że tego deszczu nie będzie. Jestem chora i jest to w jakimś stopniu dla mnie wyróżnienie. Nie lubię mówić, że dzięki chorobie, bo jej nie chcę. Wołałabym, żeby jej nie było, ponieważ na pewno skróci mi życie oraz zmieniła całkowicie tryb, w którym żyję, ale jestem wyróżniona. Czuję się wyróżniona w sensie pozytywnym, ponieważ kiedy zachorowałam, dowiedziałam się o takiej mocnej, wysokiej fali dobra w moją stronę, płynącej od ludzi albo z ludzi, nawet od tych, których w ogóle nie znam, albo o nich zapomniałam, że ich znałam. Ta liczba była tak ogromna, że aż mnie to trochę przygniotło, ale w takim pozytywnym sensie. Przez cały czas mojego chorowania, mam takie poczucie, że mam się na kim oprzeć. Oczywiście to przede wszystkim dotyczy najbliższych mi osób – męża, dzieci, rodziców, rodzeństwa, przyjaciół – ale okazało się, że to jest szerokie i bardzo, ale to bardzo mnie to zaskoczyło. Nie dowiedziałabym się o tym, gdybym nie chorowała.
Pamiętam, jak po latach zobaczyłam cię na wieczorze poświęconym projektowi "Kraków należy do kobiet" i miałaś wtedy zjawiskową stylizację: etniczną, fantastyczną sukienkę, wielkie, przepiękne kolczyki i do tego łysą głowę. Pamiętam, jak z moją koleżanką Jolą patrzyłyśmy na ciebie i nie mogłyśmy oderwać wzroku i mówiłyśmy: "Jezu, widziałaś tę babkę? Wow, jak ona wygląda?". Nie poznałam cię wtedy. Dopiero kiedy zabrałaś głos i zaczęłaś mówić o chorobie nowotworowej, to zrozumiałam, że ta łysa głowa, nie jest celową stylizacją, tylko zaadoptowaniem sytuacji, warunków twojego życia.
Ale mi się strasznie spodobała ta łysa głowa. Zawsze mówię, że jak czegoś nie możesz zmienić, to to polub. Polubiłam to. Nawet było mi wygodnie być łysą. Dzięki mojej mamusi mam ładny kształt głowy. Powtarzała mi to w tej chorobie, że ciągle mnie przekładała w łóżeczku z boczku na boczek. Dzięki mojej mamuni kochanej mogę się jeszcze bardziej to lubić. Nawet miałam taką myśl, że może mi te włosy nie odrosną, ale oczywiście zaczęły odrastać. Nie da się w sobie wszystkiego polubić, ale można wszystko zaakceptować. Można. Da się. I rzecz jasna każdy jest innej konstrukcji i ma inne zasoby. Jestem po prostu szczęściarą. Wyniosłam z domu potencjał i oparcie, które pozwala mi w różnych warunkach życiowych być szczęśliwą. Najgorsze jest to, że muszę teraz o siebie dbać. Nie lubię tego. Nie lubię poświęcać sobie czasu, a teraz muszę. Musiałam się tego nauczyć i to polubić. Nawet z taką groźbą, z tą śmiertką, która siedzi na ramieniu, można być szczęśliwym człowiekiem i żyć. Uważam, że trzeba, bo dalej to życie jest wartościowe. Ono nie zmienia swojej wartości, dalej jest moje.
A ten moment, kiedy dowiedziałaś się albo kiedy zaczęłaś przeczuwać, że coś niedobrego dzieje się z twoim organizmem?
Nie przeczuwałam. To był strzał, taki skurczowy atak. Nie będę o tym opowiadać, bo to nie jest takie ważne. Nie miałam tego momentu, że się spodziewałam, że to będzie tak poważna choroba. U mnie włącza się tryb zadaniowy. Kiedy się dowiedziałam o tym, że na pewno jest źle, ale jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo źle, natychmiast uruchomiłam tryb, że muszę się ratować. Muszę coś z tym zrobić. Tydzień trwała dość trudna sytuacja. Był to dla mnie szok, ale przez tydzień układaliśmy z najbliższymi, jak funkcjonować w tej sytuacji. Nie czekałam, aż mi ktoś podpowie. Nie miałam momentu załamania. Myślę, że to jest mój potencjał z dzieciństwa. Moja rodzina, moi rodzice, moi dziadkowie dali mi tak wiele, że jeszcze ciągle mam zapas. Naprawdę nie jest to ode mnie zależne, bo to nie wynika z mojej pracy nad sobą, ale zostałam ostrzeżona przed takim załamaniem.
Ale też nie ukrywałaś tego przed bliskimi.
Nie. Jak się dowiedziałam, obdzwoniłam wszystkich moich najbliższych. Jeśli o kimś zapomniałam, to przepraszam, bo mam sporo znajomych, takich, których lubię. Uznałam, że jeśli ludzie dowiedzą się ode mnie, to nie będą się mnie bać. Wiedziałam, że gdy taka choroba nagle się wydarza, powoduje, że ludzie się boją. Boją się urazić osoby chorej i w związku z tym zaczynają tę osobę w pewien sposób izolować. Dla mnie byłoby to najgorsze. Obdzwoniłam ludzi i zaznaczyłam, żeby mnie nie traktować inaczej. Dalej żyję i to dalej ja.
I cały czas utrzymujesz pozytywną determinację i mobilizację.
Tak.
Nie masz takich spadków?
Nie. Miałam na pół dnia. Dosłownie pół dnia trwał spadek, kiedy po roku leczenia okazało się, że mam jeszcze jednego raka. Oczywiście się boję, bo strachu człowiek się nie pozbędzie. To nie jest sytuacja, w której mogę powiedzieć, że nie boję się niczego, to nieprawda. Boję się, ale na przykład dowiaduję się, że jest dla mnie leczenie i to jest punkt, na którym się opieram. Strach niech będzie. Będę się bać, ale mogę się oprzeć na tym, że będą mnie leczyć. Po roku okazało się, że mam niezależnego, zupełnie innego raka, którego prawdopodobnie miałam od lat na nerce. Przez pół dnia miałam taki rodzaj załamania i złości, że już naprawdę mi wystarczy tego, co mam, żeby sobie z tym radzić. Dlaczego jeszcze ten jeden rak? A potem pomyślałam sobie: "Ty kretynko, wczoraj też miałaś tego raka i jakoś żyłaś normalnie". Uświadomiłam sobie, że wczoraj był taki sam dzień jak dziś i ten rak był. Potem zaczęłam budować konstrukcję i zawsze to robię, że cudownie, że się okazało, że tego raka mam. To jest taka historia dosyć skomplikowana i długa. Na badaniach obrazowych nikt go nie opisał, ponieważ wydawał się, że jest zmianą bezpieczną, ale pani radiolog opisała bardzo dokładnie mój tomograf i napisała o tej zmianie. Lekarze zaczęli się od tego momentu jej przyglądać i w ciągu miesiąca urósł, zaczął się zmieniać. To, że ona go opisała, uratowało mi prawdopodobnie życie, ponieważ nikt, by nie zwrócił uwagi, czy rośnie, czy nie. W ostatniej chwili udało się go usunąć i to jest to, na czym się opieram i w ten sposób funkcjonuję. Leczę się już dwa i pół roku, jestem co jedenaście dni w szpitalu. Teraz jestem w absolutnie komfortowej sytuacji, ponieważ dostaję najdłuższe wlewy. Nie muszę siedzieć w szpitalu. Spotkałam tam mnóstwo ludzi i całą masę historii. Widziałam heroizm i wspaniałe osoby nadal aktywne i z poczuciem humoru, oczywiście to nie dotyczy wszystkich. To jest dla mnie przykład i wsparcie. Fakt, że mam raka jest smutny, ale fakt, że żyję i mnie leczą jest cudem. Opieram się na tym cudzie.
A była taka pokusa, żeby zwolnić kroku?
Nie.
Obserwuję cię chyba jeszcze bardziej uważnie od momentu, kiedy dowiedziałam się, że ta łysa głowa to nie część stylizacji. Patrzę, ile ty robisz, ile koncertów, jak śpiewasz, jak się rzucasz w kolejne swoje pomysły, których ci nigdy nie brakowało, ale teraz masz ich jeszcze więcej. Nie było takiej myśli: "Dobra, to teraz trochę zwolnię, bo muszę się porozpieszczać".
Nienawidzę się rozpieszczać. To nie jest dla mnie dobra opcja na życie. Oczywiście jestem, bywam zmęczona. Umiem odpoczywać tak, że usiądę na piętnaście minut, zrobię trzy rzędy na drutach sweterka dla wnuczki albo wnuka i to jest dla mnie odpoczynek. Zdarzają się dni, że gorzej się czuję i muszę na chwilę usiąść. Poleżę godzinę i już mnie wszystko uwiera, muszę wstać, bo po prostu tego nie lubię. Lubię żyć aktywnie, funkcjonować na moich warunkach. Teraz jest inna rzeczywistość, ale dalej na moich warunkach.
Porozmawiajmy trochę o twoich bliskich. Choroba nowotworowa kogoś, kogo kochamy, to jest potężny cios.
Tak.
Jak oni sobie z tym wszystkim radzili? Czy widziałaś, że zaczęli się z tobą obchodzić trochę jak z jajkiem? Masz piekielnie mocny, silny charakter.
To jest prawda. Nie doszło do tego momentu, w którym moi bliscy traktowaliby mnie inaczej. Pierwszego dnia powiedziałam im: "Błagam, nie płaczcie nade mną". Rozumiałam, że to jest proces. Dla nich to było trudniejsze niż dla mnie. To jest mój rak, jakoś sobie poradzę, a najbliżsi są bezradni.
Jan jest poetą złożonym z wrażliwości.
To prawda. Dał mi to, czego potrzebowałam. Bardzo szybko sobie poradził. Gdyby zaczęli mnie traktować inaczej niż do tej pory, byłoby to dla mnie bardzo trudne. Gdy leżę z paniami, które muszą odbierać telefony i ich bliscy non stop płaczą, to sobie państwo wyobraźcie, to jest straszne. Miałam komfortową sytuację, jeżeli chodzi o moich bliskich. Byli pomocni, niezwykle zaangażowani, przejęci, przestraszeni, ale pozwolili mi normalnie żyć. I to jest wielkie.
Nikt przy tobie nie płakał?
Nie, płakali. Oczywiście, że płakali, ale to trochę było tak, jak przed chwilą powiedziałam, że też płakałam, ale nie ściągało mnie to w stronę rozpaczy.
A kiedy jesteś w szpitalu, spotykasz się z osobami, które też dotknięte są chorobą, muszą sobie z tym radzić i nie mają takiego pozytywnego wsparcia w walce z chorobą.
A to się nie walczy. Nie ma o co walczyć. To jest prawda. Znaczy walczyć trzeba tylko o to, żeby żyć, nie zabić w sobie chęci do życia, motywacji do życia. O to trzeba walczyć. Lekarze walczą, oni walczą. Jestem bezradna, ponieważ nie znam się na leczeniu.
Można chorobę terminalną potraktować, jak chorobę przewlekłą, żyć z nią i nie dać się czarnym myślom?
Tak, te myśli są, ponieważ mnie też dopadają, ale je przeganiam. Do tej pory skutecznie. Staram się to pokazywać, nie można nikomu swojej historii wszczepić. Byłoby pięknie, gdybym mogła tę moją siłę, którą mam, po prostu komuś przekazać. Tego się nie da zrobić, ale można pokazać, że są narzędzia, że każdy człowiek posiada narzędzia do życia. To jest właściwie sedno. Chcieć dalej żyć, nie funkcjonować jakoś z tą chorobą, tylko normalnie żyć. Życie oznacza aktywność, na ile pozwala stan pacjenta czy osoby chorej. Staram się pokazywać ludziom, że każdy posiada jakieś narzędzia, by potrafić przekierować myśl, które opierają się na tym: "Jestem chora", "Dlaczego mnie to spotkało?". To jest trucizna i może to spotkać każdego. Nie ma powodu. Rak towarzyszy człowiekowi pewnie od tysięcy lat. Teraz o nim więcej mówimy i więcej wiemy, ale też więcej pacjentów żyje z rakiem. Są dostępne leki i po prostu można nas policzyć. Dawniej bym umarła bardzo szybko, a teraz żyję i mam nadzieję, że będę mogła żyć jeszcze długo.
W ubiegłym roku (2022) odbierałaś nagrodę Miasta Krakowa. W tym roku zaśpiewałaś dla laureatów. Pamiętam, gdy cię spotkałam na tej uroczystości, jaką ty miałaś energię! Pierwsze, co mi pokazałaś, to podniosłaś bluzkę i powiedziałaś: "Zobacz, zobacz. Przyszłam z chemią."
Tak i to jest w ogóle niesamowite, ponieważ po roku zagrałam ten koncert podpięta pod kroplówkę. To było dla mnie niezwykłe. Miałam odebrać tę nagrodę we wtorek, wiedziałam już, że będę wtedy w szpitalu i nie będę mogła być na wręczeniu. Nagrałam piękne podziękowania. Mam nadzieję, że piękne, było wszystko ustalone. W poniedziałek wieczorem przychodzi do mnie pani doktor i mówi: "Pani Asiu, nie chciałaby pani pójść do domu z chemią?" A ja: "Bardzo bym chciała, pani doktor". Byłam pierwszą osobą w Krakowie z infuzorem. Wypuszczono mnie we wtorek, więc mogłam przyjechać na wręczenie. To było wspaniałe.
Nasz wygląd, to jest coś, na punkcie czego jesteśmy wrażliwe, choćbyśmy nawet nie wiem, jak bardzo mówiły, że to nie jest ważne.
Przez całe życie zmieniałam fryzury. To nie jest nic nowego. Miałam dredy, byłam czarna, byłam ruda, byłam blond. Nie miałam nigdy bardzo krótkich włosów. To prawda, że ta moja łysa głowa pokazała mi, że lubię, jak widać twarz i że to mi odpowiada. I lubię bardzo konkretne stylizacje i chyba bym się bez tej choroby nie odważyła zgolić głowy, chociaż miałam kilka razy taki pomysł. Natomiast całe życie z włosami bardzo eksperymentowałam. Najczęściej miewałam blond włosy, a teraz mam czarny czub, ponieważ jak obejrzałam zdjęcia, nagrania, kiedy jestem na scenie, a mam blond czub, blond irokeza, to nie kończy mi się głowa. Nie jestem zakończona, bo światła przeświecają przez te blond włosy i w ogóle nie mam końca, tylko taką mgiełkę, więc mi się to nie podobało. Jestem teraz granatowa i wtedy się kończy. A jeśli idzie o wygląd i kobiece sprawy. Mam trądzik różowaty, od czasu do czasu jestem cała napuchnięta i czerwona. Naprawdę na to nie zwracam uwagi. Oczywiście dbam o siebie, szukam rozwiązań, które to goją, ale zasmaruję się dobrym fluidem. Takim, który mi odpowiada i który mnie nie uczula. I na to nie zwracam uwagi, wobec czego ludzie, którzy mnie oglądają, z którymi się spotykam, którzy mnie widzą, też na to nie zwracają uwagi. Polecam ten system myślenia. Mnie jest łatwo polecać, bo ja po prostu taka jestem. Nigdy nie zwracałam na to uwagi. Nawet może i to było nawet złe, bo w moim zawodzie powinnam w jakiś sposób na to zwracać uwagę. Dla mnie to w ogóle nie było istotne. Lubię sukienki, to prawda i różne, ale mam zazwyczaj jedną przez osiem lat, w której gram, drugą na zmianę. Teraz często jak mi coś podpasuje, kupuję dwie takie same i nie mam z tym problemu. Na przykład wiem, że moje koleżanki mają naprawdę poważny z tym problem, żeby np. w jednej kreacji nie występować na scenie za każdym razem. A ja występuję w jednej kreacji przez kilka lat, aż się zniszczy. Naprawdę, jeśli my akceptujemy to, co się dzieje i nie przeciągnie nas to na tą złą stronę mocy, w stronę rozpaczania nad tym, że mnie boli, że źle wyglądam i dopóki uda mi się funkcjonować tak jak teraz, to okazuje się, że to również dla otoczenia przestaje być widoczne. Po prostu. Poza tym zawsze sobie myślę tak: są ludzie, którzy całe życie walczą z różnymi chorobami, rodzą się i żyją wiele lat w dużej udręce i funkcjonują. I znam takich ludzi. Nie są chorzy na raka, ale co z tego? Są chorzy na milion innych chorób, które im bardzo utrudniają życie. O wiele bardziej niż mi teraz i radzą sobie z tym latami. Dlaczego ja nagle bym miała rozpaczać nad pryszczem na nosie? Co to jest za powód? Co to jest za cena za życie? Żadna. Tak lubię życie i ono jest dla mnie tak łaskawe, że dalej jestem szczęśliwa i wdzięczna.
Śpiewanie nabrało innej jakości?
Śpiewanie jest bardzo ważne. Tak, bo przede wszystkim wycięto mi bardzo dużą część mojego środka, co dla mięśni okazało się zupełnie nową sytuacją. Troszkę musiałam uczyć się śpiewać technicznie na nowo, ale dało mi to też wiele bardzo pozytywnych odkryć w głosie. Cały czas muszę walczyć. Śluzówka, która jest w takim stanie, że nigdy nie wiem, czy krtań zadziała, czy nie. A to jakieś bóle kręgosłupa, które mnie prostują na trzy sekundy, ale okazuje się, że to wszystko się udało z korzyścią przepracować. Nie przestałam śpiewać po pierwszej operacji. Pierwszy koncert śpiewałam w czerwcu, a byłam operowana w maju. A to też jest pewien napęd, że musiałam się sobie znowu przyjrzeć, musiałam znowu pracować nad tym, że to był proces, widziałam postępy. Musiałam odkrywać jakieś nowe systemy mięśniowe, by w ogóle śpiewać.
Co byś powiedziała osobom, na które spadnie diagnoza i które nie mają twojej siły, mobilizacji?
Powiedziałabym: Nie bójcie się bać, ponieważ jeśli przestaniecie, moi kochani, bać się własnego strachu, to on ma nad wami mniejszą moc". Człowiek boi się i to jest naturalne, złości się i to jest dobre, ale chciałabym, żebyście też pomyśleli o tym, jak piękne jest wasze życie. I żeby wiedzieć o tym, że jesteście potrzebni ludziom dookoła. A jeśli nie, to jesteście potrzebni sobie, bo tak naprawdę człowiek żyje dla siebie. To, że może dużo dawać innym z siebie, to jest oczywiste, ale o wiele więcej może dać ludziom, jeśli żyje ze sobą w zgodzie. Nie bójcie się złości, ale niech to będzie powodem, że wam się o wiele bardziej zachce żyć i być.