Lata dziewięćdziesiąte bez różowych okularów
Moda na nostalgiczne wspominanie lat dziewięćdziesiątych trwa w najlepsze. Dla wielu to czas pierwszych fascynacji muzycznych, kolorowych opakowań po gumach do żucia, rodzącej się wolności i poczucia, że wszystko jest możliwe.
To nie jest książka, która powstała z nostalgii. Powstała z potrzeby opowiedzenia o tamtym czasie i pokazania, że nie wszystko było takie miłe, różowe i kolorowe, jak nam się dziś wydaje – mówi Jacek Taran.
W jego opowieści nie ma Arkadii utraconego dzieciństwa. Jest za to Polska prowincjonalna, pełna uprzedzeń, społecznej kontroli i podziałów. Oczywiście, każdy z nas tęskni za czasami, kiedy był młody i miał poczucie, że świat stoi przed nim otworem. Nie oznacza to jednak, że tamta rzeczywistość była lepsza. Wręcz przeciwnie, wiele zjawisk, które dziś budzą nasz niepokój, miało swoje korzenie właśnie wtedy.
Akcja "Miastokotów" rozgrywa się w fikcyjnym Młyńsku. Dla mieszkańców Mielca topografia miasta jest łatwa do rozpoznania, ale autor stanowczo podkreśla, że nie napisał książki o swoim rodzinnym mieście. Młyńsko jest czymś więcej niż literackim odpowiednikiem Mielca. To uniwersalne małe polskie miasto, takie, które można odnaleźć w Starachowicach, Krośnie, Zgierzu, Przemyślu czy Oświęcimiu.
Spotykałem ludzi, którzy mówili mi: "U nas było dokładnie tak samo". To mnie bardzo cieszy, ponieważ Młyńsko zostało odczytane jako miejsce uniwersalne dla wszystkich tych, którzy pochodzą z małych miast – dodaje.
Chłopcy z marzeniami
Na pierwszym poziomie fabularnym "Miastokoty" są historią grupy nastolatków marzących o założeniu zespołu rockowego. Chcą wyrwać się z szarzyzny prowincji, zdobyć sławę i udowodnić, że można żyć inaczej niż ich rodzice. To opowieść doskonale oddająca atmosferę dorastania lat dziewięćdziesiątych – pełną wielkich planów, które zderzają się z rzeczywistością. Bohaterowie książki nie są kopiami rzeczywistych osób. To literackie kolaże wielu postaci, charakterów i wspomnień. Najważniejszy wymiar książki pojawia się jednak wtedy, gdy główny bohater odkrywa romską osadę znajdującą się na obrzeżach miasta. Jako dziecko trafia tam przypadkiem podczas zimowej wyprawy na sankach. Widok ognisk i prowizorycznych domostw fascynuje go do tego stopnia, że przez lata obserwuje Romów z oddali. Z czasem zdobywa się na odwagę, by wejść do ich świata. Próbuje się zaprzyjaźnić, poznaje romską rodzinę i zakochuje się w dziewczynie, której historia okazuje się niezwykle skomplikowana. Szybko przekonuje się jednak, że przekraczanie granic wyznaczonych przez społeczność małego miasta nie jest łatwe. To właśnie w tej relacji wybrzmiewa główny temat książki – niezgoda na dzielenie ludzi ze względu na ich pochodzenie, język czy kolor skóry.
Zawsze uważałem, że ludzi można dzielić co najwyżej na mądrych i głupich, dobrych i złych. Wszystkie pozostałe kryteria są nieistotne – mówi autor.
Książka, która stała się niepokojąco aktualna
Mimo że "Miastokoty" były pisane wcześniej, dziś czyta się je zupełnie inaczej. Narastająca w Polsce niechęć wobec migrantów i Ukraińców sprawia, że historia o stosunku mieszkańców Młyńska do Romów nabiera zupełnie nowego znaczenia. Jacek Taran zwraca uwagę, że w ostatnich miesiącach obserwujemy coraz więcej przypadków agresji słownej wobec ukraińskich dzieci i rodzin mieszkających w Polsce. – "Napawa mnie coraz większą obawą to, co dzieje się w naszych relacjach z Ukraińcami mieszkającymi w Polsce" – dodaje. W społeczeństwo bardzo łatwo daje przyzwolenie na wykluczanie tych, których uzna za obcych. Mechanizm ten pozostaje niezmienny od dziesięcioleci. Zmieniają się jedynie grupy, które stają się obiektem społecznej niechęci.
Romowie nie są jedynymi "innymi", których spotyka bohater książki. W pewnym momencie odkrywa, że w jego mieście żyli kiedyś także żydowscy sąsiedzi. Problem polega na tym, że pamięć o nich została niemal całkowicie wymazana. Wiele małych miast w Polsce wciąż zmaga się z własną historią. Przywracanie pamięci o dawnych mieszkańcach bardzo często spotyka się z niezrozumieniem, a nawet agresją.
Nie chodzi już nawet o zapomnienie. Chodzi o wymazanie – mówi autor.
Wspomina działalność osób i organizacji zajmujących się upamiętnianiem żydowskich społeczności oraz renowacją cmentarzy. Ich praca bardzo często spotyka się z hejtem ze strony tych, którzy wolą, aby pewnych tematów nie poruszać.