Czy zerwanie umowy „MIG-i za drony” między Polską a Ukrainą, o czym poinformował szef MON-u, to w pana ocenie odprysk sporu o historię Polski i Ukrainy?
- Zdecydowanie tak. Nikt nie kwestionuje, że decyzja prezydenta Zełeńskiego była nieodpowiedzialna. Powinien wiedzieć, jakie będą reperkusje. Za Rzeź Wołyńską odpowiedzialna jest UPA. Powinien się liczyć z tym, że będzie taki odbiór. Reakcja prezydenta Nawrockiego była potrzebna, ale w złym momencie i złej formie.
Powiedział pan, że była potrzebna.
- Reakcja tak, ale forma, czyli odebranie orderu, nie było najlepsze. Prezydent Nawrocki sam nie może go odebrać. Do tego jest potrzebna kontrasygnata premiera. Teoretycznie order został odesłany, ale formalnie nie został odebrany. To chora sytuacja. Ta decyzja spowodowała dalsze działania.
Wracając jeszcze do tej umowy „MIG-i za drony”, jeśli tak by było, to by pokazywało, że bardzo łatwo również będzie uniemożliwić współpracę w tym wymiarze militarnym.
- Jesteśmy wcześnie po tych wydarzeniach niefortunnych. Jesteśmy skazani na współpracę i dobre sąsiedztwo. Niektórzy wykorzystują ten spór dla wewnętrznych celów politycznych. Zrobił to prezydent Zełeński i prezydent Nawrocki. Jak wróci opamiętanie, wrócimy do dobrych relacji. Nie róbmy dalszych kroków, które uniemożliwią zacieśnienie współpracy. Trzeba być rozsądnym w tych działaniach. Premier Kosiniak-Kamysz podjął decyzję o wstrzymaniu przekazywania MIG-ów. To zasadne. Za PiS przekazaliśmy MIG-i. Wtedy wspieraliśmy ich na początku pełnoskalowej wojny. To było rozsądne. Teraz działania, które mają zrobić rozłam w naszych relacjach, są na korzyść Rosji. Rosja liczy na to i robi wszystko, żeby zaognić to. Prezydent Nawrocki zasłużył na order Lenina od Putina.
Może to za daleko idące wnioski, panie pośle. Różne komentarze tej sytuacji towarzyszą. Może Polska ma być docelowo winna zatrzymania Ukrainy w drodze do Unii Europejskiej? Są takie opinie, że jeśli ta droga będzie zablokowana, łatwo na nasz kraj będzie zrzucić winę w tej polityce wewnętrznej ukraińskiej.
- Ukraina w UE budzi pewne wątpliwości i zastrzeżenia Polski. Tak samo było, jak my byliśmy przyjmowani. Kraje zachodnie mówiły, że zaleje ich tania siła robocza z Polski.
Długo nie mogli nasi pracownicy wyjeżdżać do pracy.
- Tak, ale były też obawy o żywność z Polski. Te same obawy mamy przy Ukrainie. Wolna Ukraina w UE to wielkie zabezpieczenie Polski. To bufor przed Rosją.
Pana oburzyła ta zapowiedź Zełeńskiego, dotycząca utworzenia Panteonu Bohaterów Narodowych i te słowa, że nikt Ukrainie nie będzie mówił, kto ma być bohaterem?
- To nie jest sytuacja, która nie miała miejsca. Politycy PiS też kiedyś mówili, że nie powinniśmy wskazywać, kto ma zostać upamiętniony pomnikiem.
Czy pan dzisiaj podpisałby się pod obywatelskim projektem przyznania Zełeńskiemu Obywatelskiego Orderu Przyszłości? Jest lista znanych osób, nie ma tam czynnych polityków.
- Jak to ma być obywatelski ruch, politycy nie powinni się angażować. Jak jednak będzie pospolite ruszenie, nie powinniśmy tego krytykować.
Przejdźmy do spraw polskich, również lokalnych. Mimo upalnych wakacji, dzisiaj ZNP ma zdecydować o dacie i formie protestów w sprawie wynagrodzeń. Czy ktoś podejmie w ogóle rozmowy ze związkowcami w tej sprawie? Wczoraj było takie spotkanie w Krakowie, kilku posłów zaledwie przyszło.
- Tak. Ten spór jest wynikiem informacji, jakie się w mediach pojawiły o zarobkach lekarzy. Nie dziwię się, że nauczyciele i wykładowcy mówią, że nie może być tak, iż oni zarabiają 20% tego co lekarze. Oni podnosili, że pielęgniarki zarabiają zdecydowanie więcej. Trzeba się nad tym pochylić. Rozmowy z ministerstwem były mało konstruktywne. Nie ma teraz radykalnych działań. To cieszy. Protest jest ogłoszony, oby do strajku nie doszło. Propozycja rządu o podwyżce 3% nie jest satysfakcjonująca. Nie możemy sobie pozwolić, żeby coraz mniej ludzi decydowało się na zawód nauczyciela. Oni muszą mieć stabilną sytuację finansową.
Czyli w pana ocenie ta trzyprocentowa waloryzacja wynagrodzeń to zbyt mało? Zresztą związkowcy usłyszeli w ministerstwie, że miało być 2,5%, ale wywalczyli i jest 3%. Na to szef ZNP powiedział, że są takie przypadki, że pół procenta więcej to często 15 zł więcej zarobku.
- Jest czas na rozmowy, dyskusje. Nie bez znaczenia będzie stanowisko ministra finansów. On odpowiada za budżet. Oby było porozumienie. Musimy zadbać o godne wynagrodzenie dla nauczycieli.
Gdyby pan obstawiał w jakiejś grze liczbowej, jaki termin wyborów by pan wskazał?
- Trudno decydować za pana premiera. On podejmie decyzję. Pewnie koniec września jest to realny termin, że te wybory się wtedy odbędą. Teraz mamy ranking kandydatów. Gibała, który nie zgłosił swojego startu, jest liderem sondaży. Cała reszta ma znikome różnice. Jestem przekonany, że Monika Piątkowska będzie za chwilę na drugim miejscu. Jak Łukasz Gibała się nie zdecyduje na start, pewnie liderem sondaży będzie Monika Piątkowska.
Od jednego z lokalnych polityków Prawa i Sprawiedliwości słyszałem, że ta sprawa być może będzie przeciągana do wyborów parlamentarnych.
- Są określone terminy. Pewne sytuacje uniemożliwiają przeprowadzenie wyborów. Zobaczymy. Skoro była decyzja o referendum i ono tak się skończyło, wybory powinny się odbyć. Monika Piątkowska to świetny kandydat.
Plakaty kandydatów już wiszą. Jednego kandydata.
- Tak. Zastanawia mnie to, czy panowie Łukasz Gibała i Jan Hoffman nie współdziałali przy referendum. Teraz uaktywnił się Jan Hoffman. Zobaczymy, czy Hoffman nie będzie jedynym reprezentantem obywatelskiego zrywu i ludzie zaangażowani będą mieli jednak świadomość, że czemuś to służyło. Bez Hoffmana i Gibały ludzie by zapytali, po co było odwoływać prezydenta bez alternatywy.
Czyli rozumiem, że te plakaty, które obserwujemy są po to, żeby się wytłumaczyć z referendum?
- Tak, żeby wytłumaczyć ludziom, czemu odwołali Aleksandra Miszalskiego. To kuriozalne. Oby zdrowy rozsądek Krakowian służył im w podjęciu właściwej decyzji, czyli głosowaniu na Monikę Piątkowską.
Słyszymy też o takiej inicjatywie referendalnej w Warszawie. To już byłaby o dużo poważniejsza sprawa w wypadku Rafała Trzaskowskiego.
- Zgadza się. Nie sądzę, żeby udało się zorganizować referendum. Nawet jakby się udało, Rafał Trzaskowski jest tak dobrze oceniany, że próby jego odwołania nie będą skuteczne. Jego wygrana w referendum może być dobrym startem do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych.
Powiedział pan - wygrana. Myśli pan, że powtórzyłby to, co usłyszeliśmy w Krakowie od Aleksandra Miszalskiego? „Nie idźcie do tych wyborów”.
- Inna sytuacja jest. Między Gibałą a Miszlaskim było 5 tysięcy głosów różnicy. W wypadku Rafała Trzaskowskiego różnica była tak wielka, że może zrobić jak prezydent Karnowski, czyli powiedzieć, żeby ludzie szli do referendum. Pytanie, czy znajdzie się ktoś, kto wyłoży pieniądze na kampanię referendalną, jak w Krakowie.
Trudno sobie wyobrazić taką sytuację. Prominentny polityk Koalicji Obywatelskiej, Rafał Trzaskowski, kandydat w dwóch wyborach prezydenckich mówi nagle - zostańcie w domu.
- Nie sądzę, żeby podjął taką decyzją. Była taka sytuacja z Hanną Gronkiewicz-Waltz. Tam była inna sytuacja, różnice były mniejsze. Rafał Trzaskowski jest bardzo dobrym prezydentem Warszawy, ma zaufanie mieszkańców.
Sprawa Szpitala Południowego trochę tam psuje ostatnio wizerunek...
- Tak, to prawda. Trudno jednak decydować o tym. Prezydent odpowiada za funkcjonowanie szpitala. Wynagrodzenia to sprawa NFZ. Zapowiedź spotkania premiera z szefem NFZ i minister zdrowia pokazuje, że problem nie jest w zarządzaniu prezydenta Warszawy, ale jest problem systemowy z kontraktami z NFZ.