Jan Hoffman o sondażu
Panie mecenasie, publikujemy sondaż przygotowany dla Radia Kraków. Czy satysfakcjonuje pana wynik 6,3 proc., dzięki któremu wyprzedza pan Sławomira Pietrzyka i Michała Klimka?
Jan Hoffman: Satysfakcjonowałoby mnie, gdyby przed tą szóstką jeszcze była trójka.
O, to mierzy pan wyżej niż Łukasz Gibała.
Zawsze mierzę wysoko.
Co ciekawe, z tego samego sondażu wynika, że chce na pana głosować 19 proc. wyborców Konfederacji i 16 proc. wyborców Konfederacji Korony Polskiej. Czym pan tak ujął tych wyborców? Bo na konfederatę pan nie wygląda.
Nie tylko wyborcy Konfederacji na mnie głosują.
Ale to największy odsetek.
Jeżeli dobrze czytam te badania, a także badania, które sami zamawialiśmy, osoby deklarujące poparcie dla mnie mają najróżniejsze sympatie polityczne. Moim zdaniem nie może to dziwić. Skoro startuję i podkreślam swoją bezpartyjność, a większość ludzi biorących udział w wyborach parlamentarnych głosuje jednak na jakieś partie, to wyborcy poszczególnych partii mogą jednocześnie głosować na bezpartyjnego kandydata. Dla mnie liczy się to, że jeżeli ktoś popiera w tych wyborach Jana Hoffmana, to popiera rozwiązanie bezpartyjne.
Ten sam sondaż pokazuje coś jeszcze. Mówił pan, że Aleksandra Miszalskiego odwoływali także wyborcy Koalicji Obywatelskiej. Tymczasem Łukasz Gibała jest w stanie zagospodarować co piątego wyborcę Koalicji Obywatelskiej, a pan niespełna 2 proc. Czyli wyborców Moniki Piątkowskiej pan nie odbije?
Być może część wyborców Koalicji Obywatelskiej ma do mnie żal o sprawę referendum. Aleksander Miszalski był z Koalicji Obywatelskiej, chociaż podkreślałem, że próba referendum, a później skuteczne referendum nie były atakiem na Koalicję Obywatelską, tylko wotum nieufności wobec – moim zdaniem – fatalnej prezydentury. Mogło to być jednak inaczej odczytywane. Była cała kampania zniechęcania i przekonywania, że jesteśmy referendum prawicowym, konfederackim, pisowskim czy jeszcze jakimś innym. Na końcu musieliśmy nawet chodzić do sądu.
Ile pieniędzy trafiło do komitetu referendalnego?
Mówi pan o kampanii zniechęcania. Ale Łukasz Gibała podarował na inicjatywę referendalną prawie dwa miliony.
Sęk w tym, że nic nie podarował gotówkowo. Ta kwota, bodaj 1,8 miliona, to wartość przekazanych świadczeń niematerialnych. W trakcie kampanii referendalnej mówiliśmy dość jasno, że korzystamy ze wsparcia stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców. To wsparcie polegało między innymi na kampanii outdoorowej, na którą nas nie byłoby stać, oraz na tym, że – jak deklarował Łukasz Gibała – osoby zbierające podpisy były częściowo opłacane. Zbierały je w imieniu KdM. My naszym wolontariuszom nic nie płaciliśmy. To nie jest więc tak, że ktoś dał nam pieniądze na kampanię.
Czyli nie było przelewu?
Nie było żadnego przelewu ze strony KdM, ani złotówki. My zebraliśmy wyłącznie…
Tym bardziej gotówki.
Były świadczenia niematerialne, które ujęliśmy w sprawozdaniu, o których mówiliśmy w kampanii i które finalnie na taką kwotę wyceniło stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców. Natomiast my zebraliśmy gotówkę. Bodaj było to około 70–80 tysięcy złotych, z czego 70 tysięcy pochodziło z naszych wpłat. Ja sam wpłaciłem około 10 tysięcy. Członkowie komitetu zrzucili się więc na działalność komitetu, a nie zarabiali na niej czy dostawali od kogoś pieniądze. Około 10 tysięcy pochodziło z jakichś zewnętrznych wpływów. To wszystko jest, moim zdaniem, bardzo czytelnie wyszczególnione w sprawozdaniu mecenasa Zondka. Dorabiana jest do tego narracja, że dostaliśmy od kogoś pieniądze. Nie dostaliśmy.
Czyli świadczenie materialne, niegotówkowe?
To nie były przelewy. Świadczenia, które otrzymaliśmy, polegały wyłącznie na outdoorze, czyli słupach reklamowych z hasłem „Idź do referendum”, oraz na tym, że osoby zbierające podpisy w imieniu stowarzyszenia KdM miały podobno otrzymywać za to wynagrodzenie.
Audyt urzędu i dwa lata na wprowadzenie zmian
Panie mecenasie, na pytanie o pierwszą decyzję pana jako prezydenta odpowiada pan, że będzie to audyt, i to audyt zewnętrzny. Gdyby został pan prezydentem na te dwa lata, to będą przede wszystkim rozliczenia pana poprzedników?
Nie. O audycie mówił też na początku Aleksander Miszalski i również przedstawiał go jako zewnętrzny i solidny. Jak rozumiem, ani wtedy, ani na pewno teraz nie chodzi o żadne polowanie na czarownice. Podstawowym celem audytu nie powinno być napisanie, że Kowalski jest zły albo coś źle zrobił, tylko sformułowanie zaleceń dotyczących tego, co w strukturze nie działa. Być może gdzieś jest niepotrzebny jakiś referat, być może pewien proces albo obieg dokumentów powinien wyglądać inaczej. Chodzi o to, jak usprawnić funkcjonowanie urzędu i wydawanie publicznych pieniędzy.
Weryfikowałby pan również urzędników? Ten się nadaje, ten dostał zatrudnienie dzięki legitymacji partyjnej, tamten po znajomości?
Tak się składa, że wracam właśnie z konferencji, na której o tym mówiłem. Mój wybór absolutnie nie będzie oznaczał zagrożenia dla urzędników merytorycznych, oddanych pracy. Stawiam na merytokrację, rzetelność i sumienność. To są wartości, które przyświecają mi także w pracy zawodowej. Znam pracę urzędników od lat i nie mam wobec nich żadnego negatywnego nastawienia. Co więcej, uważam, że w Krakowie 90–95 proc. urzędników – oczywiście nie potrafię tego dokładnie oszacować – pracuje dobrze, solidnie i rzetelnie. Żadnego polowania na czarownice nie będzie. Oczywiście, jeżeli były przykłady osób niekompetentnych albo zatrudnionych na stanowiskach ponad swoje kompetencje, to będzie to weryfikowane. Wydaje mi się to oczywiste.
Co można zrobić przez dwa lata? Sam Łukasz Gibała, pytany o to, niewiele odpowiada.
Przede wszystkim można zawrócić kilka decyzji bardzo bolesnych dla mieszkańców, które – jak zapowiadam – będę próbował zmienić, jak Strefę Czystego Transportu. Po drugie można nadać bieg pewnym sprawom. Audyt to uporządkowanie finansów na lata, bo później korzyść z tego narasta w każdym kolejnym roku. Można zaprojektować pewne inwestycje i zacząć je wdrażać. One nie zakończą się w dwa lata, to oczywiste. Jeżeli ktoś opowiada, że w dwa lata zrobi jakąś wielką inwestycję, to jest to praktycznie niemożliwe. Musiałby mieć gotową całą dokumentację.
Aleksander Miszalski też miał dwa lata i był z tego rozliczany.
Tak, ale prezydent Miszalski od początku podawał nierealne terminy realizacji swoich obietnic wyborczych. Poza tym złożył 150 bardzo konkretnych obietnic, z których większości nie dowiózł. Nikt go do tego nie zmuszał. Niektóre były dość proste do realizacji, inne w ogóle znajdowały się poza kompetencjami prezydenta, więc można było się zastanawiać, po co je składał. Jeszcze inne były niewykonalne w zakładanym terminie czy nawet w całej kadencji, jak na przykład temat metra. Przypomnę, że w ostatniej kampanii mówił, iż wbije pierwszą łopatę przed kolejnymi wyborami.
Druga tura i relacje Krakowa z rządem
Nie chce pan dzisiaj odpowiadać na pytanie, kogo poprze w drugiej turze. Naprawdę waha się pan między Moniką Piątkowską a Łukaszem Gibałą? Nie wierzę w to.
Spośród wszystkich kandydatów obecnie startujących, przyznam się szczerze i bez bicia, że największą sympatię – i to chyba od zawsze – żywię do Jana Hoffmana.
To nieskromnie.
Ale wie pan, jak człowiek nie lubi samego siebie, to też chyba niedobrze.
Jako inicjatorowi referendum chyba nie do końca byłoby panu po drodze z obecnym rządem. W jaki sposób przekonywałby pan na przykład do korzystnego dla Krakowian przebiegu S7 Kraków–Myślenice? Monika Piątkowska mówi: „Nie można być samotnym jeźdźcem w polityce”.
W jaki sposób bym przekonywał? Uważam, że mieliśmy…
Jako osoba, która doprowadziła do odwołania szefa małopolskiej Koalicji Obywatelskiej.
Tak, ale myślę, że wszyscy interesujący się polityką doskonale zdają sobie sprawę, że nie wynikało to z jakiejś mojej obsesji "antyplatformerskiej", tylko z twardej diagnozy rządów Aleksandra Miszalskiego. Jeżeli chodzi o rozmowy, to jako prawnik od lat uczestniczę w negocjacjach. Czasem po drugiej stronie siedzą ludzie, których znam od lat i lubię, a czasem ludzie, z którymi trudniej się rozmawia. Zawsze próbuję podchodzić do negocjacji jak do problemu, który trzeba rozwiązać. Siadają dwie strony i rozmawiają.
Nie wyobrażam sobie w profesjonalnym świecie podejścia: „zrobimy ci na złość, bo nie jesteś z Platformy” albo „zrobimy ci na złość, bo nie jesteś z PiS-u”. Co więcej, uważam, że mieliśmy w Krakowie przetestowane dwa modele prezydentury. Jeden to model profesora Majchrowskiego, który był w zasadzie równo zdystansowany do obu głównych partii.
Potrafił dogadać się i z jednymi, i z drugimi.
Potrafił rozmawiać z jednymi i z drugimi i niewątpliwie zapewniało to pewną stabilność i kontynuację. Dlatego mieszkańcy tak długo powierzali mu funkcję prezydenta. Rządził przez 22 lata. Prezydent Miszalski rządził dwa lata. W tym czasie miał, przynajmniej teoretycznie, przyjacielskie relacje z rządem. Na nic konkretnego się to nie przełożyło. Widać więc, że taki układ niekoniecznie musi przekładać się na korzyści, a za chwilę mógłby się przełożyć na niekorzystne relacje z rządem opozycyjnym wobec obecnego. Samorząd to samorząd, rząd to rząd. Dobry gospodarz powinien być w stanie rozmawiać z każdym.
„Sondaże sondażami”. Hoffman nie deklaruje poparcia w drugiej turze
Tym bardziej wydaje mi się, że sprawa jest przesądzona: w drugiej turze po jednej stronie Łukasz Gibała, po drugiej Monika Piątkowska. Czy były jakieś deklaracje dotyczące poparcia i ewentualnej wiceprezydentury dla Jana Hoffmana?
Ja w tym momencie prowadzę kampanię. Jeżeli mamy na siłę oddawać wynik, to może od razu pójdźmy dalej. Skoro sondaże mają decydować i już teraz jestem zmuszany do określania, kogo poprę, a kogo nie, czyli mam unieważniać swoją kandydaturę, to może wrzućmy do ChataGPT, żeby zrobił analizę, kto wygra, i zaoszczędzimy pieniądze.
Dobrze, ale była taka umowa dotycząca wiceprezydentury dla Jana Hoffmana?
Gdyby była między nami taka umowa, to – jak rozumiem – nie startowałbym. Byłaby to dość nieszablonowa umowa, gdy dwie osoby jednocześnie startują.
Różne rzeczy się robi w ramach procesu wyborczego.
Podchodzę do tego realistycznie i jestem otwarty na różne scenariusze, ale nie zamykam się też na scenariusz własnej walki. Dopóki widzę sens walki wokół programu KWW mojego imienia, dopóty ją prowadzę.
Widzi pan ten sens, biorąc pod uwagę – wracam jeszcze do sondażu przygotowanego dla Radia Kraków – jego wyniki?
Sondaże sondażami. Od początku mówiłem też, że oprócz tego, iż ubiegam się o prezydenturę, chodzi o wprowadzenie pewnych tematów do kampanii. Tematów, których po referendum czuję się depozytariuszem, bo głośno je podnosiłem i podnosiliśmy je jako komitet referendalny.
Ostatnio mówił pan o technologiach dronowych w Nowej Hucie.
Nie mówię tylko o tematach referendum. Technologii dronowych w Nowej Hucie w referendum nie było, ma pan rację. Ale było kilka ważnych tematów, o których teraz w zasadzie głównie ja mówię, jak Strefa Czystego Transportu czy bilet dwudziestominutowy. Ten ostatni później pojawia się także u innych kandydatów. Przypominam również takie kwestie jak audyt.
Uważam, że są to istotne sprawy i bez względu na mój ostateczny wynik już teraz uznaję swój start za sukces w tym sensie, że te tematy są obecne w kampanii wyborczej, a nie pozostały tylko w kampanii referendalnej. Nie może być tak: odwołaliśmy Miszalskiego, więc zapomnijmy o tych tematach. Trzeba je nadal podtrzymywać.