Panie pośle, na początek mam do pana prośbę o rozszyfrowanie wpisów byłego premiera Mateusza Morawieckiego, szefa stowarzyszenia Rozwój Plus, wokół którego od kilku tygodni, a właściwie miesięcy, toczy się cała awantura w Prawie i Sprawiedliwości. Czy wie pan, kto składa się – cytuję – na „grupę intrygantów” albo, jak napisał w innym wpisie, „frustratów w Prawie i Sprawiedliwości”, którzy wywołują wewnętrzne podziały w partii?
- Proszę mnie zwolnić, panie redaktorze, z interpretowania wypowiedzi obu stron tego konfliktu. To na pewno nie jest nic dobrego i nie będę ukrywał, że nie pomaga nam w dążeniu do przejęcia władzy. Z drugiej strony nie przesadzałbym też z koncentracją na problemach opozycji w sytuacji, gdy koalicja rządząca wisi na włosku za sprawą środowiska Polski 2050 i minister Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Tam doszukiwałbym się dziś większych problemów i większego zagrożenia dla stabilności państwa. Równie dobrze jesienią może rozsypać się koalicja rządząca.
Wracając jednak do pana pytania – obie strony wzajemnie się podgryzają i prowokują. Widziałem podobne wypowiedzi, utrzymane w podobnym tonie, po obu stronach tego sporu. Dlatego radzę spokojnie poczekać do czwartku. Jest jeszcze czas, żeby się porozumieć.
Tak łatwo nie odpuszczę, panie pośle, pan przecież wie. Może wskazówką dla słuchaczy będzie wpis pisowskiego weterana – chyba się nie obrazi, jeśli go tak nazwę – człowieka, który do niedawna siedział po prawicy Jarosława Kaczyńskiego w pierwszym rzędzie sejmowych ław, czyli posła Ryszarda Terleckiego. Cytuję: „Niektórzy z naszych kolegów maślarzy chcą wykazać się gorliwością i prą do rozłamu. Muszę ich zmartwić. Prezes czasem lubi słuchać lizusów, ale ich nie szanuje”. Czyli ci frustraci i intryganci to są maślarze?
- Odpowiem tak samo jak przed chwilą. Niezależnie od tego, czy mówi to premier Mateusz Morawiecki, marszałek Ryszard Terlecki czy przedstawiciel którejkolwiek ze stron, ta wymiana zdań jest zbyt ostra. Prezes Jarosław Kaczyński zaapelował w niedzielę o uspokojenie nastrojów. Taka publiczna wymiana zdań bardzo źle wpływa na sytuację, bo zamiast rozmawiać o sprawach ważnych, wszyscy zajmują się tym konfliktem.
Powinniśmy mówić choćby o tym, że za chwilę będzie pan płacił osiem złotych za litr oleju napędowego. To jest skandal, bez wątpienia. A skoro już pan wspomniał o paliwie, to przypomniała mi się ciekawa grafika...
Nie, nie, nie, panie pośle. Ja mam jeszcze jeden cytat. Tym razem – być może – przyszłego premiera.
- To później panu pokażę.
Cytat Przemysława Czarnka, również o frustratach i rozłamowcach. Powiedział, że mówienie o grupie intrygantów to w rzeczywistości mówienie o Jarosławie Kaczyńskim, Joachimie Brudzińskim i Adamie Bielanie. Innymi słowy – jak rozumiem – zarzucił Mateuszowi Morawieckiemu obrażanie prezesa.
- Nie wiem już, panie redaktorze, jak mam panu odpowiedzieć po raz trzeci. Cały czas przywołuje pan kolejne cytaty. Rozumiem, że po to, żeby wybrzmiały w przestrzeni publicznej...
To są cytaty. Nie ja je wymyśliłem.
- Wiem, ale pan je wykorzystuje i przytacza w publicznym radiu. Nieważne. Szanowni państwo, jestem jednak dobrej myśli. Trzeba poczekać do czwartku. Wydaje mi się, że – jak bywało już wcześniej – to nie jest pierwszy taki konflikt ani u nas, ani w ogóle w polityce. Przecież Koalicja Obywatelska, mówiąc kolokwialnie, też się żre, i to nawet częściej. Tym bardziej, że oni rządzą.
To ciekawe.
- To jest jednak inna sytuacja, panie redaktorze. Oni rządzą, a my mówimy o partii, która jest dziś w opozycji. Oczywiście mam wielką nadzieję, graniczącą wręcz z pewnością, że za półtora roku będziemy rządzić Polską. Ale na razie jesteśmy w opozycji, dlatego skupmy się na problemach Polaków i problemach koalicji 13 grudnia, choćby w relacjach ze środowiskiem Polski 2050.
Rozumiem, ale to państwo publicznie się obrażają w Prawie i Sprawiedliwości.
- Z nikim się nie obrażam, panie redaktorze. Proszę mnie nie wrzucać do jednego worka.
Jest pan w worku, który nazywa się Prawo i Sprawiedliwość. „Wielki namiot” – tak chyba kiedyś mówił Mateusz Morawiecki. Kto ma rację w tym konflikcie? Stawia się pan z boku. Rację mają maślarze z Przemysławem Czarnkiem, którzy zarzucają Mateuszowi Morawieckiemu egoizm, a nawet zdradę? Takie słowa padały kilka miesięcy temu. Czy może rację mają „harcerze Morawieckiego”, którzy ostrzegają, że Prawo i Sprawiedliwość za bardzo zbliża się do Grzegorza Brauna pod przywództwem Przemysława Czarnka?
- Rację ma prezes Jarosław Kaczyński. Jemu akurat nie można zarzucić, że nie dba o dobro swojej partii i o dobro Polski. To mąż stanu, który wielokrotnie to udowodnił. Oczywiście dba również o swoją partię polityczną, co jest rzeczą naturalną. To właśnie prezes dostrzega ryzyko związane z inicjatywą Mateusza Morawieckiego, dotyczące ewentualnej utraty płynności finansowej czy dotacji dla Prawa i Sprawiedliwości. Z tego powodu środowisko zostało wezwane do zaprzestania tych działań.
Wiemy, że 31 lipca planowane jest duże wydarzenie. Istnieje pewne ryzyko wynikające z interpretacji przepisów. Wiemy też, w jakim państwie dziś żyjemy. Donald Tusk pierwszy cieszyłby się z tego, gdyby Państwowa Komisja Wyborcza odebrała Prawu i Sprawiedliwości część środków. Do tego nie możemy dopuścić.
Dlatego prezes apeluje o wystąpienie ze wszystkich stowarzyszeń. Taki dokument już wypełniłem. Z tego, co wiem z mediów, zrobiło to również około 130 parlamentarzystów, którzy złożyli odpowiednie dokumenty w siedzibie partii lub klubu.
A ilu posłów liczy dziś Prawo i Sprawiedliwość?
- Jeśli się pomylę, proszę nie mieć do mnie pretensji, ale około 190.
No właśnie. 130 na około 190 to jednak spora różnica.
- Ale jest też spora grupa, panie redaktorze, która stoi z boku i nie emocjonuje się tym wszystkim. To nie jest tak, że mamy dwie grupy, które nieustannie na siebie nacierają. Mam też wrażenie, że często są tam osoby, które mają problemy w swoich okręgach, obawiają się o reelekcję albo mają lokalne konflikty. I stąd szukają oparcia w tego typu stowarzyszeniach. Mam to szczęście, że po pierwsze dobrze dogadujemy się w okręgu, a po drugie staram się być bardzo pracowitym posłem, więc nie czuję jakiegoś zagrożenia.
No i jest jeszcze nazwisko.
- Nazwisko już nie działa, panie redaktorze, od co najmniej 15 lat. Kiedyś rzeczywiście miało znaczenie, ale zostawmy już tę legendę.
Chciałbym jeszcze wrócić do kwestii "braunizacji" Prawa i Sprawiedliwości, o której głośno mówią członkowie stowarzyszenia Rozwój Plus, ale nie tylko. Bardzo chętnie mówi o tym również Koalicja Obywatelska i pozostałe partie obozu rządzącego. Chyba coś jest na rzeczy, skoro nawet Jarosław Kaczyński musiał w ubiegłym tygodniu utemperować Przemysława Czarnka po jego wypowiedzi w Telewizji Republika. Powiedział wtedy, cytuję: „Trzeba zmusić Unię Europejską do zaprzestania finansowania zbrojeń Ukrainy i odbudowy Ukrainy do czasu zmiany polityki Ukrainy wobec Polski”. To chyba była jednak lekka przesada?
- Ta wypowiedź nie spodobała się Jarosławowi Kaczyńskiemu i, jak pan słusznie zauważył, powiedział o tym bardzo wyraźnie. Panowie odbyli stosowną rozmowę. Nasz kandydat na premiera, profesor Przemysław Czarnek, podkreślał jednak, że od początku wojny ma niezmienne zdanie: albo Ukraina wygra z Rosją, albo – nie daj Boże – za chwilę będziemy sąsiadem Rosji.
I dlatego nie chce pomagać Ukrainie w zbrojeniach?
- Nie. Chodzi o to, że zdenerwowały go – i myślę, że również wielu Polaków – wypowiedzi i zachowanie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, zwłaszcza w kwestii gloryfikowania banderyzmu. To jest rzecz skandaliczna. Wiele już na ten temat powiedziano, więc nie będę się powtarzał. W sytuacji, gdy mówimy o wymordowaniu około 100 tysięcy kobiet i dzieci w bestialski sposób przez Ukraińców, emocje mogą człowiekiem targać. I myślę, że właśnie z emocji wynikała ta wypowiedź.
Czyli uważa pan, że to były emocje, a nie wyrachowana polityka?
- Jestem przekonany, że emocje.
Dobrze, zostawmy już kłopoty Prawa i Sprawiedliwości, choć to bez wątpienia najgorętszy temat ostatnich dni. Chciałbym porozmawiać o czymś innym. 41 weto Karola Nawrockiego. Pan prezydent ma rozmach, jeśli chodzi o wetowanie ustaw – jest już absolutnym rekordzistą, choć urząd sprawuje dopiero od roku. Chodzi o weto do ustawy o statusie osoby najbliższej. Czy pana zdaniem było ono słuszne?
- Tak. To było słuszne weto, ponieważ artykuł 18 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej mówi, że rodzina jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod wyłączną opieką państwa.
To nieprawda.
- Co powiedziałem nie tak?
Zacytuję dokładnie artykuł 18 Konstytucji: „Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”.
- Właśnie to przed chwilą powiedziałem.
Nie. Powiedział pan „pod wyłączną opieką”. To kolosalna różnica. Co w tej ustawie – bardzo zachowawczej, bo nie przewidywała ani adopcji dzieci, ani ich przysposobienia, ani nawet ślubów w urzędzie stanu cywilnego – zagrażało małżeństwu? Przewidywała jedynie możliwość zawarcia umowy u notariusza, wizyty w szpitalu, wspólnego rozliczania podatków i dziedziczenia. Co w niej zagrażało małżeństwu?
- Wie pan, że ta ustawa zmieniała bodaj 240 innych ustaw?
Dobrze, ale co konkretnie zagrażało małżeństwu?
- To nie jest kosmetyczna sprawa. Jeśli ktoś z nas – ja czy pan – decyduje się na zawarcie małżeństwa, otrzymuje oczywiście szereg przywilejów, ale bierze też na siebie wiele obowiązków. Choćby obowiązek utrzymania bliskiej osoby w razie choroby, innych krytycznych zdarzeń czy obowiązku łożenia na dzieci po osiągnięciu przez nie pełnoletności. Osoba, która zawierałaby związek partnerski – bo nie bójmy się używać tego określenia, o to właśnie chodziło – otrzymywałaby tylko przywileje, nie biorąc na siebie tych samych obowiązków. I czy to jest w porządku wobec osób takich jak ja, które są w związku małżeńskim? Skoro jedni mają większe obowiązki, to przywileje nie powinny być takie same.
Czyli chce pan powiedzieć, że ta ustawa wynegocjowana między PSL-em a Lewicą – przepraszam, wcześniej się pomyliłem – była zbyt daleko idąca? A może wręcz przeciwnie: była za mało progresywna i powinna nakładać na takie pary więcej obowiązków, skoro dawała im więcej uprawnień?
- Nie. Przede wszystkim powinna przyznawać mniej uprawnień tożsamych z tymi, które dziś przysługują małżeństwom.
Czyli jakich?
- Już tłumaczę. Nie mam nic przeciwko temu – i pan prezydent również mówił o tym w kampanii – żeby osoby pozostające razem, niezależnie od tego, czy są tej samej, czy różnej płci, miały dostęp do informacji medycznej o swoim partnerze.
Ale wspólne rozliczanie podatków już nie?
- Nie. Wspólne rozliczanie oznacza konkretne ulgi podatkowe. Jeśli dwie osoby tej samej płci albo para różnopłciowa, która nie zawarła małżeństwa, korzysta z takich samych ulg jak małżonkowie, a jednocześnie nie ma tych samych obowiązków – choćby związanych z wychowywaniem dzieci i obowiązkiem ich utrzymania – to nie jest to w porządku.
Ale nie mają tych obowiązków dlatego, że państwo nigdy nie zgodziliby się na przysposobienie dziecka partnera. Już nawet nie mówię o adopcji.
- Nie, panie redaktorze. Po prostu są tej samej płci. Z całym szacunkiem...
Co znaczy „z całym szacunkiem”? Jeśli dwie kobiety wychowują córkę jednej z nich i biologiczna matka umiera, to co dzieje się z tym dzieckiem?
- To jest skrajny przypadek...
Takich rodzin są w Polsce dziesiątki tysięcy. Nie mówię o śmierci rodzica, tylko o samym wychowywaniu dzieci przez pary jednopłciowe.
- W mojej opinii i zgodnie z moim sumieniem nie jest to sytuacja, którą akceptuję i uważam za właściwą. Tak samo byłoby w przypadku, nazwijmy to, ukrytej adopcji, kiedy jedna osoba adoptuje dziecko, a później żyje z partnerem. Zdarzały się – przynajmniej według różnych informacji – takie sytuacje. Uważam, że nie powinno do tego dochodzić. To są moje poglądy. Dlatego uważam, że prezydent słusznie zawetował tę ustawę. Jeśli pojawi się projekt, który nie będzie tak daleko idący...
Mniej daleko idący? To chyba już trudno sobie wyobrazić.
- Panie redaktorze, ta ustawa zmieniała około 240 innych. To nie była jedna drobna zmiana.